wtorek, 7 stycznia 2014

sex #

Dziś notka trochę nietypowo, bo... o mnie. Praca napisana do szkoły, na lekcję WOKu. ( Pozdrawiam Panią Profesor!) Ale dzięki temu krótkiemu tekstowi poczułam się dowartościowana, a cóż lepszego dla autora jak nie pochwała jego tekstów? Oceńcie sami.


Stojąc na środku klasy zerknęła na 30 twarzy należące do osób, których nie znała. I pewnie w większości nie chciała poznać. Byli po prostu kolejnymi szarymi jednostkami, które przychodzą i odchodzą. Ludzie zawsze to robią. Znikają jak kamfora, zwłaszcza wtedy, kiedy już się do nich przywiążesz.
Sądząc jednak po ich minach, kiedy czekali na jej wystąpienie, również nie byli zachwyceni pomysłem słuchania kolejnego wywodu stworzonego na "odwal się". Ich półotwarte usta i podbródki podtrzymywane przez splecione dłonie mówiły same za siebie. Może każdy z nich nauczył się już, że brak zainteresowania oznacza bezpieczeństwo i spokój. Może. Może nie.
Pani Profesor bynajmniej nie miała takich problemów i z lekkim uśmiechem, zaznaczającym zmarszczki w kącikach ust, powiedziała:
- Proszę, możesz zaczynać.
Przełykając ślinę spuściła brązowe tęczówki na podkładkę, na której leżała kartka z wierszem. Ze zdenerwowania trzęsły jej się dłonie. Pisanie, czy to poezji, czy prozy, było dla niej wszystkim. Było sposobem na wyrażenie siebie albo wręcz przeciwnie, środkiem wiodącym do bycia kimkolwiek chciała.
Dlatego właśnie zawsze czuła niemiłe dreszcze, gdy ktoś miał zobaczyć jej prace.
To było jak odkrycie części siebie i wystawienie jej z wielkim napisem: "Proszę, zdepcz moje marzenia i przyklep. Dziękuję." na widok publiczny. Ale wbrew pozorom to nie niepochlebne opinie były najgorsze. Największym złem były kłamliwe pochwały. Jakby autor był pieskiem, oczekującym głaskania i miski mięsa. To upokarzające.
Pamiętała jednak, by podchodzić do tego z odpowiednim dystansem. To była pierwsza bolesna lekcja, której trzeba się nauczyć na pamięć. Dlatego zaczęła czytać:

na roztańczonych skrzydłach marzeń
unosiła się.
ściskając w lewej dłoni nic entuzjazmu
w prawej - sztylet cierpienia. 
z uśmiechem na ustach podskakiwała
na krawędzi szaleństwa. 
krzyczała.
śpiewała.
błądziła w lesie hipokrytów
szukając kwiatu szczęścia,
krzewu miłości.
obawiała się.
wyśmiewała.
próbowała.
grzeszyła.

żyła.

Ostatnie słowo wypowiedziane na wydechu, było jakby westchnieniem. Minęło 6 sekund, zanim odważyła się unieść wzrok z powrotem na klasę. Tym razem nie dostrzegła jednak zaspanych twarzy zombie. Wszyscy patrzyli na nią z mieszaniną emocji w oczach. Nawet na blondyna z 4 ławki. Wszyscy się wybudzili.
Ona ich wybudziła.
Asymetryczny uśmiech wygiął jej czerwone wargi, gdy pomyślała:
"Może jednak nie będzie tak źle."



All rights reserved © 
Noctia "Nox" Suavis





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz