sobota, 26 kwietnia 2014

tredecim #






I feel the chemistry between you & me...


Rozdział 2
„Bonjour”

- Za wolność!
- Ale piliśmy za wolność już jakieś 5 razy..
- Bo wolności nigdy za wiele!
Rozległy się śmiechy i wznieśliśmy nasze eleganckie plastikowe kubki w górę, powtarzając zgodnie: „Za wolność!”. Mijała już 22:00 , a my wciąż siedzieliśmy w naszym ulubionym miejscu za szkołą i oddawaliśmy się… hmm… rozrywkom odpowiednim dla ludzi dorosłych.
Ok, tak naprawdę to piliśmy ósmą flaszkę wódki, wypalając przy tym dziesiątki papierosów, a Jacek i Marta poszli się nacieszyć początkiem wakacji na osobności, w szatniach naszego stadioniku olimpijskiego.
Nie było ich od około dwóch godzin.
Ekhem.
Wydaje mi się, że to był jeden z tych dni, kiedy myślisz, ze możesz wszystko, granice rozsądku się zacierają i… cóż. Korzystasz z tego.
A przynajmniej tak sobie to wtedy tłumaczyłam, kiedy będąc już daleko po kilku głębszych, dłoń naszego klasowego lowelasa, jakimś cudem dostała się pod moją koszulę i miziała mnie po plecach. I w tym właśnie miejscu muszę spróbować Was przekonać, że nie jestem jakąś puszczalską. Serio. Po prostu czasem byłam trochę swobodna w moich relacjach z facetami. Innymi słowy, byłam dziewicą owładniętą ideą seksu. Może dlatego, że w bardzo młodym wieku zostałam dogłębnie uświadomiona, z czym się to je, miałam rozpracowane wszystkie „za” i „przeciw” i marzyłam, żeby mój pierwszy raz był tak zajebisty, że nawet sąsiedzi wyszliby po nim zapalić. A do zajebistego pierwszego razu potrzebny mi był zajebisty facet, którego oczywiście jeszcze nie znalazłam. Dlatego byłam jedyną dziewicą w naszej paczce (choć tylko ja i Kaśka o tym wiedziałyśmy) i dlatego pozwalałam sobie na macanki z takim chłopakiem jak Maciek – bo wiedziałam, że nawet po alkoholu nie dostanie się do mojego ciasteczka, jeśli wiecie, o czym mówię. I to nie dlatego, że z nim było coś nie tak. Był świetnym facetem – zawsze miał starannie ułożone włosy, zrzucający majtki uśmiech, był piłkarzem (piłkarz równa się nieziemski tyłek, zapamiętajcie) i od początku był wobec mnie w porządku. Teraz pewnie wychodzę na jeszcze większą kretynkę, że coś mogło mi nie pasować w takim kolesiu, ale to jest właśnie to oddziaływanie międzypłciowe – czasem ma się ochotę rzucić w ramiona zupełnie przeciętnego faceta, który ledwie na Ciebie spojrzy, a następnym razem przechodzi się obojętnie wobec jakiegoś ultraciacha. Brakowało
mi tego legendarnego „czegoś” w Maćku, dlatego wiedziałam, że nie będzie moim pierwszym, dlatego nie jestem jednak kompletną kretynką. Tak sądzę.
Takie było moje podejście do tematu i nawet jeśli trochę poplątane i niekonwencjonalne, to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach i nie rzuciłam się na pierwszego napotkanego faceta w dniu, kiedy dostałam pierwszy raz okres.
Wracając do tamtego razu. Cóż… Jak przez mgłę pamiętam, jak ludzie zaczęli robić na nas to sugestywne „uuu”, a Kaśka krzyczała ( co było nie lada wyczynem, zwłaszcza, że cały czas była sklejona ustami ze swoim chłopakiem) coś w stylu: „Taaak! Dajesz mała! To jest moja dziewczynka!”. To wszystko działo się w czasie, kiedy próbowałam pozostać wystarczająco trzeźwa, żeby pobawić się z Maćkiem. Bo nawet ja, pomimo moich zasad i średniego doświadczenia, mogłam powiedzieć, że zasłużył sobie na swoje miano Casanovy. Głównie z 4 powodów.
Powód 1.: Jego dłonie pod moją bluzką i (wcale się nie rumienię mówiąc o tym, wcale… ugh) czasem pod stanikiem, przyprawiały mnie o drżenie i gęsią skórkę. Sam fakt, że był pierwszym facetem, któremu bez żadnych barier pozwoliłam dotknąć moich dziewczynek mówił sam za siebie.
Powód 2.: Jeśli jeździliście kiedyś konno, to zrozumiecie o co mi chodzi, gdy powiem, że siedzenie na jego kolanach przypominało siedzenie w kowbojskim siodle o 5 rozmiarów za małym, gdy koń jest w pełnym galopie, a ten pieroński drążek z przodu siodła uciska Was przy każdym ruchu. Uhu, jego drążek był aż tak duży i aż tak uciskający.
Powód 3.: Jakimś cudem, mimo wódki i fajek, jego język wciąż smakował miętową czekoladą. Chyba nie muszę nic więcej dodawać.
I ostatni, ale nie najmniej ważny, Powód 4.: Pachniał fanta-kurwa-stycznie. Jest coś takiego w zmieszanym zapachu męskich perfum i dymu papierosowego, że doprowadza mnie do szaleństwa.
Brzmi to trochę bardziej dziwkarsko niż w mojej głowie, ale i wtedy i teraz, nie wyobraziłabym sobie lepszego startu dla nowej, lepszej Rozalii.

Weszłyśmy do domu Rejów około drugiej nad ranem, starając się być najciszej jak się dało, szeptem śpiewając „Sexualna, nebezpieczna”. To były bardzo słabe starania, bo co chwila obijałyśmy się o ściany, potykałyśmy o leżące w hallu buty albo wybuchałyśmy pijackim chichotem. To stanowczo nie była nasza najlepsza godzina, mimo wszystko, więc nawet nie będę się starała opisać naszego wyglądu w tamtym momencie. Już prawie
dotarłyśmy do schodów, z zamiarem wemknięcia się do pokoju Kasi i rzucenia na łóżko, kiedy w drzwiach kuchni stanęła Pani Marysia z poważnym i zmęczonym wyrazem twarzy.
Momentalnie wytrzeźwiałyśmy.
- Rozalia, pozwól na chwilkę – powiedziała swoim zwykłym, miękkim głosem, który nagle zabrzmiał dla mnie równie przyjemnie, jak skrobanie paznokciami o tablicę. Wepchnęłam Kaśce szpilki i papiery ze szkoły, które niosłam w dłoniach i ruszyłam krokiem zombie do kuchni, zastanawiając się, co ja do cholery zrobiłam, że zostałam wezwana na rozmowę w środku nocy. Musiałam mieć przerażenie i dezorientację wymalowaną na twarzy, bo Pani Rej uśmiechnęła się do mnie tym swoim uśmiechem psychologa, pewnie, jako że pracowała w szkole, mając do czynienia z rozhisteryzowanymi nastolatkami i wiedząc, jak sobie z nimi radzić, bo odrobinę się uspokoiłam.
- Nie martw się kochanie, myślę, że będziesz zadowolona z nowiny, jaką dla Ciebie mamy.
Siknęłam głową. Przez myśl przeszło mi, że jakiś anioł musi nade mną czuwać, skoro nie dostałyśmy bury od razu na wejściu, za wyglądanie jak bezdomne i za cuchnięcie wódką.
Dziękując Bogu za małe cuda, przeszłam prze kuchnię w kierunku pokoju, który był połączeniem salonu i jadalni. I wtedy stanęłam jak wryta.
Mój mózg, wciąż odrobinę zamroczony, z wiadomych powodów, oraz zaskoczony, w pierwszej sekundzie przetworzył widziany przeze mnie obraz jako „tata”. Dopiero po chwili zarejestrowałam, że mężczyzna siedzący na sofie obok Pana Reja, był jedynie bliźniaczo podobny do mojego, zaginionego teraz, ojca: miał te same niebieskie oczy, kwadratową szczękę i czarne włosy, które teraz dość obficie były przyprószone siwizną.
Na sofie, uśmiechając się do mnie, siedział wujek Leon.
W pamięci, niczym pokaz slajdów, odtworzyły mi się ostatnie wspomnienia, jakie z nim miałam. To, jak w odświętnej albie pomagał mi wsiąść na rower, który od niego dostałam i jak wrzucaliśmy sobie winogrona do otwartych ust, doprowadzając mamę do furii. To, jak nosił mnie na ramionach, nazywając „jego Różyczką” i jak pozwalał mi się bawić jego aparatami.
To było ponad dekadę temu. I pewnie w normalnych okolicznościach byłabym zła za bycie ignorowaną przez tak długi czas. Ale to nie były normalne okoliczności. Właśnie straciłam mamę, ojciec mnie porzucił, a ja mieszkałam u rodziców przyjaciółki. Więc jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać, było wydukanie „Wujku…”, a potem moje już i tak zmęczone płaczem oczy wyprodukowały kolejne potoki łez, płynące po moich policzkach. Mój ojciec chrzestny w dwóch krokach znalazł się przy mnie, oplatając moje ramiona swoimi, podczas gdy ja zaczęłam szlochać w jego koszulę. To było dla mnie za dużo, tak brutalne uświadomienie sobie, jak samotna i krucha tak naprawdę byłam, jak bardzo potrzebowałam wsparcia.
W końcu jednak się opanowałam, sklejona do kupy przez wujkowe „Nie płacz, Różyczko, nie płacz, kochanie” i spojrzałam w górę, na jego twarz, nie zastanawiając się, jak strasznie musiałam wyglądać z zaczerwienionym nosem, rozmazanym tuszem i splątanymi włosami, klejąca się do wujka jak ośmiolatka. Skupiłam się na ważniejszych rzeczach.
- Co Ty tu robisz?
Swoim pytaniem przerwałam swego rodzaju kokon, jaki wytworzył się wokół nas. Pani Marysia zaproponowała mi chusteczkę i może filiżankę melisy, a Pan Szymon, chyba trochę niekomfortowo czując się z moim płaczem, powiedział, że pójdzie porozmawiać z Kasią.
A ja wciąż patrzyłam w te znajome, choć od lat niewidziane, niebieskie tęczówki, oczekując odpowiedzi, która naprawdę zaczynała palić w moim brzuchu ogniem niepokoju. Skąd wujek wiedział, gdzie jestem? Czy to Rejowie jakoś znaleźli jego numer telefonu bądź adres i go poinformowali? Czy to tata mu powiedział? A jeśli tak, to gdzie on był? Co mają teraz zamiar ze mną zrobić?
Pytania w mojej głowie wirowały jak tornado.
W końcu pozwoliłam zaprowadzić się na kanapę i z otartymi łzami, siorbałam gorącą herbatę ziołową. Pani Marysia wymówiła się zmęczeniem, dodając tylko, że wszystko będzie dobrze i wyszła z salonu, zostawiając mnie z jednym członkiem rodziny. Dopiero wtedy wujek przerwał ciszę.
- Paweł zadzwonił do mnie dwa dni temu i poinformował o śmierci Magdy. Zadzwonił dwa pieprzone miesiące po pogrzebie i powiedział, że nie mógł wcześniej o tym myśleć i że nie ma siły dalej z tym walczyć. Brzmiał na pijanego. Zapytałem, co z Tobą. Powiedział, że nie wie, że nie ma go w domu od kilku dni i nie wie, co się dzieje. Wściekłem się. Wygarnąłem mu, że jeśli nie mógł sobie poradzić po utracie żony, to powinien wcześniej do mnie zadzwonić, powinien mnie powiadomić, żebym mógł być na pogrzebie mojej jedynej bratowej i trzymać za rękę chrześnicę. Powiedział mi, że nic go to nie obchodzi, że jeśli chcę i tak mi zależy, to mogę sobie Ciebie wziąć, bo on nie może już patrzeć na Ciebie, kiedy wyglądasz jak Magda – westchnął ciężko, jakby odczuwał taki sam ból, jaki ja czułam przy każdym wypowiadanym przez niego słowie i schował twarz w dłoniach, opierając łokcie o kolana. - Spakowałem się od razu i przyleciałem, najszybciej jak mogłem. Pojechałem do Waszego domu, ale Ciebie nie było – rzucił na mnie okiem spod przymrużonych powiek. – Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem gdzie Cię szukać. Na szczęście dla mnie, w takim małym mieście plotki szybko się rozchodzą i kiedy Pani Maria usłyszała, że przyjechałem, skontaktowała się ze mną i dowiedziałem się, że mieszkasz z nimi od czasu powrotu ze szpitala – przerwał sobie kolejnym westchnięciem. – Prawie oszalałem, słysząc to wszystko i jeślibym wiedział, gdzie jest mój drogi braciszek, to bym go rozerwał na strzępy za to, jak Cię potraktował.
To był mój koniec. Trzymałam się przez cały ten monolog, ale wspomnienie tego ataku mnie rozbiło i znów zaczęłam szlochać, czując się jak śmieć, którego wyparł się własny ojciec. Od razu zostałam przyciągnięta do mocnego uścisku, ale łzy nie przestały płynąć. Czułam, jak ręka wujka głaszcze moje włosy.
- Przepraszam, kochanie. Nie powinienem był Ci tego mówić, tak bardzo mi przykro. Tak bardzo nienawidzę tego, że musisz cierpieć…
Pokręciłam głową. To nie jego wina, to nie była wina nikogo poza moim ojcem. Powiedziałam to głośno.
- Wiem, kochanie, ale przyznanie tego nie sprawia, że Ty przestaniesz cierpieć, ani, że ja przestanę go za to nienawidzić.
To była prawda i to też bolało. Czułam się, jakbym miała na piersi kowadło i żadnym sposobem nie mogła go z siebie zdjąć, chociaż wyciskało mi oddech.
Po kilku minutach tkwienia w objęciach, wujek odsunął mnie na tyle, żeby móc spojrzeć mi w oczy.
- Skończyłaś dzisiaj szkołę, prawda?
Siknęłam głową.
- I masz, ile lat?
- Dziewiętnaście.
Zmarszczył na chwilę brwi i wiedziałam, że cokolwiek zaraz powie, to będzie bomba.
- Wiem, że to może wydawać Ci się drastyczne i nagłe, i może trochę przerażające, ale myślę, że powinnaś zacząć układać sobie życie od nowa. Śmierć Twojej mamy to był niesamowity cios, a zachowanie Pawła… cóż, dobrze wiemy, jaki mam do tego stosunek, ale im szybciej staniesz na nogi, tym lepiej i…
Byłam tak zaskoczona jego słowami, że przerwałam mu dopiero w tym momencie. Czy ja naprawdę zachowywałam się aż tak nieporadnie, że ludzie myśleli, że będę tkwić w mojej żałobie, schowana w domu przyjaciółki, przez wieki? Utrata, jak się okazało, obojga rodziców przez jakiś czas mnie zgniotła i na pewno nigdy do końca się nie pozbieram, ale byłam wojowniczką. Wojowniczką zdeterminowaną, by nie mieć zniszczonego życia.
- Wujku, wyjeżdżam stąd.
Dopiero po kilku sekundach przerwał swój wywód w środku zdania i spojrzał na mnie jakby mi nagle wyrosła dodatkowa para oczu.
- Jak to wyjeżdżasz? Gdzie?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem. Warszawa, Kraków. Albo Rzeszów. Albo Wrocław… Nie wiem. Właściwie to wszystko jedno. Byle by być jak najdalej stąd. Mam zamiar pojechać do dużego miasta, znaleźć pracę i, jak to powiedziałeś, ułożyć sobie życie od nowa – widziałam, że chce mi przerwać, więc położyłam mu palec na ustach. – Wiem. To będzie trudne, zwłaszcza bez pomocy, ale dam radę – chciałam być tak pewna, na jaką brzmiałam. – Dam radę, wujku. Nie
jestem już dzieckiem i, no cóż, właściwie od zawsze marzyłam, żeby stąd wyjechać. Oczywiście wyobrażałam to sobie w innych okolicznościach, ale skoro życie rzuciło mi taką kłodę pod nogi, to przeskoczę ją. Jakoś ją przeskoczę…
Wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu przez kilka kolejnych chwil.
- Nie widziałem Cię przez tak długo, że zapomniałem, że jesteś już dorosła. Moja mała Różyczka nie jest już mała, co?
Uśmiechnęłam się lekko, po raz pierwszy w czasie tej rozmowy.
- Ta mała Różyczka wciąż we mnie jest, wujku i ona tęskni za mamą, cieszy się, że Cię widzi i boi się wyjechać i zostawić dotychczasowe życie. Ale teraz to duża Rozalia musi zacząć podejmować decyzje i ogarnąć swoje życie, a to znaczy, że nie będzie żadnego chowania się pod kołdrą, nieważne, jak komfortowo to brzmi.
Niespodziewanie znów zostałam przyciągnięta w objęcia.
- Jesteś taka podobna do swojej mamy, Roséole, tak bardzo podobna… - mruczał, kiwając się w przód i w tył ze mną w ramionach. Słyszałam to, jak bardzo podobna jestem do mamy już milion razy. Miałam takie same ogromne, brązowe oczy, zadarty nos, falowane, czekoladowe włosy, to samo poczucie humoru i bezpośredniość. Nigdy jednak to porównanie nie sprawiło mi aż takiej przyjemności, co wtedy.
Nagle wujek przestał mnie kołysać, co właściwie było dobre, bo istniało prawdopodobieństwo, że zasnę, wtulona w niego, jak niemowlę. Najprawdopodobniej to szok i nerwy zeszły ze mnie i mój organizm przypomniał sobie, że wciąż ma w obiegu alkohol i cały dzień ruchu i potrzebuje odpoczynku.
- Rose?
Zauważyłam, że wujek po raz kolejny wymówił moje imię po francusku, z całym tym pięknym, miękkim akcentem. Zastanawiało mnie, czy mieszka on teraz w Kraju Miłości, czy po prostu wybrał ten język ze względu na brzmienie. Może to ignorancja z mojej strony, że nie wiem, jak, gdzie i z kim żył, ale hej, w końcu on też mnie trochę ignorował. Byliśmy kwita.
- Tak?
- Nie chcę znów stracić z Tobą kontaktu.
Najwidoczniej nie ja jedna interesowałam się czyimś losem.
- Ja też, wujku. Zwłaszcza teraz, gdy zostałeś mi tylko Ty.
Uśmiechnął się smutno, słysząc mnie, za chwilę jednak jego uśmiech rozciągnął się szerzej i zauważalnie stał się weselszy.
- Powiedziałaś, że chcesz wyjechać do dużego miasta i znaleźć pracę, tak?
Skonsternowana, skinęłam głową.
- Kiedy?
- Nie wiem, myślę, że w przeciągu kilku dni, może tygodnia. Dlaczego?
- Ponieważ chciałbym Ci zaproponować pracę. W dużym mieście.
Jedna z moich brwi uniosła się nieznacznie wyżej, niż druga. Nie rozumiałam, o co mu chodziło. Nawet jak na ignorantkę, miałam jako takie pojęcie o osobie Leona Malinowskiego i to pojęcie mówiło mi, że podróżował on po Europie i świecie, robiąc zdjęcia. Czasem nawet widziałam jego zdjęcie na jakichś stronach internetowych. A to znaczyło, że nie miał jakiejś firmy ze stałym miejscem pobytu, gdzie mógłby mi dać posadę sprzątaczki.
A jako, że zawsze miałam emocje wymalowane na twarzy tak przejrzyście, że nawet ślepiec by je odczytał, mój ojciec chrzestny zaśmiał się i przygryzł język między zębami (najwidoczniej był to wpisany w geny Malinowskich nawyk, ponieważ mój tata też to robił i była to jedna z niewielu rzeczy, które po nim odziedziczyłam).
- Mam teraz zlecenie, zaczynam je za 4 dni. Jest to połączona sesja zdjęciowa dla reklamy Chantelle oraz przedślubna sesja siostrzenicy mojej żony i jej narzeczonego.
Lekko wytrzeszczyłam oczy na hasła „Chantelle” i „żona”. I nie wiem, czy byłam bardziej zaskoczona faktem, że mój wujek pracuje nad reklamą jednej z najlepszych francuskich marek bielizny, którą nawet ja znałam, czy tym, że ożenił się ponownie, po tym jak ciotka zostawiła go dla prezesa jakiejś firmy budowlanej.
Zadałam pytanie, które od samego początku mnie korciło.
- Pracujesz w Polsce?
Zaśmiał się i pokręcił głową.
- Nie, pracuję w Paryżu, pomijając wyjazdowe zlecenia.
Teraz oczy wychodziły mi już pewnie daleko za powieki.
- Chcesz mnie zabrać do Paryża?
- Tak, czemu nie? Oczywiście, to tylko propozycja, nie musisz się zgadzać, ale pomyślałem…
Przerwałam mu piskiem i zarzuciłam mu ręce na szyję.
- Jadę do Paryża! OBożebożeboże!
Zaraz jednak dopadły mnie wątpliwości i usiadłam normalnie.
- Ale… Skoro to sesja, masz modeli, Ty jesteś fotografem… To po co Ci ja? – Wiem, słaba składnia, ale właśnie otrzymałam propozycję wyjazdu do Paryża, hello? Nie miałam głowy
silić się na kwieciste zdania. – Nie jestem dobra w tych modowych rzeczach, ani makijażu, ani ciuchach. Tak naprawdę, to jestem typem sportowca…
Tak naprawdę nie miałam pojęcia, jak wygląda sesja zdjęciowa ani kto nad nią pracuje. Jak się okazało, moje wątpliwości były niezwykle zabawne, bo wujek zaczął chichotać jak nastolatek. Nie ukrywam, trochę mnie to zirytowało. A może on sobie tylko żartował z tą pracą? Zresztą to i tak byłoby bez sensu, nie mogłam jechać do Francji… Z perspektywy czasu, chyba byłam jeszcze troszkę zbyt pijana, żeby ogarnąć wszystko, co się do mnie mówiło, a że miałam do przetworzenia mnóstwo informacji w krótkim czasie, mózg mi się zgrzał.
- Różyczko, spokojnie. Pomyślałem, że może mogłabyś po prostu pomagać rozkładać rekwizyty, albo potem je sprzątać, albo powstrzymywać mnie przed zabijaniem wszystkich ludzi, którzy mnie wkurzają, gdy pracuję. Takie małe rzeczy… Nie wiem… - westchnął krótko. – Tak naprawdę, to nie chciałbym zostawiać Cię samej sobie, a skoro i tak zdecydowałaś, że chcesz wyjechać, no to czemu miałabyś nie jechać ze mną, gdzie będziesz miała pewną pracę, dach nad głową i upierdliwego mnie, który będzie mógł mieć na Ciebie oko?
Puścił mi oczko z szelmowskim uśmiechem. Czasem krzywiłam wargi w podobny sposób i wydałoby mi się to zabawne, gdyby nie fakt, że musiałam powiedzieć to, co musiało być powiedziane.
- Dziękuję, że o tym pomyślałeś, ale nie chcę, żebyś myślał, że musisz się mną zająć z powodu całego tego bałaganu. Naprawdę dam sobie radę…
- Wiem, że dasz – przerwał mi. – Ale to nie tak, że ja to robię z litości albo poczucia obowiązku. Dałaś mi do zrozumienia, że jesteś dorosłą, mądrą dziewczyną i załapałem to, ale czy nie mógłbym Ci pomóc, zwłaszcza, że mam do tego możliwości i chęci i z tego co widziałem, Tobie też podoba się ten pomysł? Nie myśl o tym za dużo, nie każę Ci zostawać ze mną do końca życia. Będziesz mogła odejść w każdym momencie, ale będziesz też mogła zarobić trochę pieniędzy, oswoić się z dorosłym życiem, a przy okazji dasz mi okazję do przebywania z moją ulubioną bratanicą.
Mimowolnie wyszczerzyłam się na jego ostatnie słowa.
- Jestem Twoją jedyną bratanicą.
- Ah tak, racja.
Zaśmialiśmy się i to coś we mnie się przełamało. Przez te kilkadziesiąt minut, które rozmawialiśmy, poczułam się w taki sposób, w jaki nigdy nie czułam się z tatą. I może to trochę dziecinne, ale to było wspaniałe, w końcu tego doświadczyć. Wiedziałam też, że wujek mówi szczerze, że robi to dlatego, bo chce, a nie dlatego, że musi. Ścisnęłam jego dłoń, która od jakiegoś czasu trzymała moje przedramię.
- Wygląda na to, że wkrótce powiem bonjour, Paris! – bardzo mocno próbowałam naśladować francuski akcent, ale moje wysiłki przyprawiły nas jedynie o kolejny wybuch
śmiechu. Po kilku minutach, przez które musiałam udowodnić, że przynajmniej mówiąc po angielsku daję sobie bez problemu radę, odprowadziłam wujka do drzwi (ponieważ stwierdziliśmy, że najlepiej, jeśli przenocuje w moim domu) i pobiegłam na poddasze, gdzie spałam z Kaśką. Ograniczyłam „wieczorną” toaletkę do przebrania się w pidżamę, umycia zębów i twarzy i wsunęłam się pod kołdrę, przytulając do pleców przyjaciółki.
Zasnęłam z uśmiechem na twarzy, mając nadzieję, że mama patrzy na mnie z góry i popiera drogę, którą wybrałam.



Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi

czwartek, 17 kwietnia 2014

duodecim #

6 FEET 2 INCHES - ROZDZIAŁ I
Zaczynamy nową historię, w końcu! Nie przynudzam, bo i tak za długo czekaliście ;) Enjoy!




„Jesteśmy więźniami żelaznego pierścienia: wąskiej autonomii naszego pragnienia.
Antoine de Saint-Exupéry







Rozdział 1
„Era of freedom
To ja.
Widzicie tą długonogą blondynkę, otoczoną wianuszkiem wielbicieli?
No cóż, to teraz spójrzcie nieco w prawo, a tam, pod wielkim dębem, białym od śladów korektora i pokaleczonymi inicjałami, stoję ja, pod rękę z moją najlepszą przyjaciółką oraz grupą naszych znajomych. Rozwrzeszczani, roześmiani, głośni. I troszkę pijani.
Dlaczego zaczynam moją historię właśnie tego dnia? Z dwóch powodów.
Po pierwsze, to dzień zakończenia liceum, czyli dzień rozpoczynający erę wolności.
Po drugie, to jedna z niewielu chwil w ciągu ostatnich 6 tygodni, kiedy na mojej twarzy widnieje szczery uśmiech.
Ale od początku…



6 tygodni wcześniej…
Stoję nad wykopanym w ziemi dołem i płaczę. Chociaż może opis „stoję nad wykopanym w ziemi grobem mojej matki, patrzę na białe róże leżące na drewnianej trumnie i zanoszę się najmniej wdzięcznym szlochem, jaki można sobie wyobrazić” byłby bardziej adekwatny do sytuacji. Od chwili, kiedy kilka dni temu lekarze oznajmili zgon Magdaleny Malinowskiej przez zatrzymanie akcji serca, wciąż nie mogę uwierzyć, że mama spędzi resztę czasu, jaki pozostał nam do Apokalipsy, zakopana kilka metrów pod ziemią. To brzmi tak absurdalnie, że zaśmiałabym się, gdyby nie fakt, że ubrani na czarno ludzie podchodzą do mnie i do stojącego obok mnie taty, żeby złożyć nam kondolencje.
Słysząc po raz kolejny „Bardzo nam przykro z powodu Waszej straty” mam ochotę wziąć młotek i pokazać tym głupim ludziom, jak bardzo może być im przykro, jeśli nie przestaną powtarzać tych wyklepanych formułek.
Gdyby mama słyszała o czym myślę, otworzyłaby szeroko te swoje wielkie oczy Bambi, które po niej odziedziczyłam i krzyknęłaby: „Roza, wstydź się!”. Tak łatwo było to sobie wyobrazić. Prawie słyszałam jej głos, czułam zapach kwiatowych perfum…
Upadłam na kolana, brudząc rajstopy i sukienkę. Moje dłonie zacisnęły się w pięści na wilgotnej, miękkiej glebie i zaczęłam krzyczeć.


  ***



- ROZALIA! Gdzie Ty do cholery jesteś!? Nie mogę znaleźć pilota!
Byłam w kuchni i przygotowywałam obiad, odkąd około pół godziny temu wróciłam ze szkoły, kiedy rozległ się krzyk mojego ojca. Wiedziałam, że jest pijany. Był tydzień temu, był wczoraj. Jutro też zapewne będzie. Zaczęło się od dnia po pogrzebie mamy i tak się ciągnęło aż do tej pory. Kiedy miałam szczęście, ojciec pił przed telewizorem, nie ruszając się z kanapy, a ja musiałam go znosić tylko wtedy, kiedy przynosiłam mu jedzenie. Bywały jednak dni, kiedy zaczynał na mnie wrzeszczeć, szukać mnie po domu, popychać. Te dni zdarzały się coraz częściej. Błagałam Boga, żeby dziś było spokojnie, bo umówiłam się na wieczorek filmowy z moją BFF.
Szybko wytrzepałam koszulkę, wytarłam ręce i podążyłam do salonu, znajdując tatę stojącego pośrodku bałaganu, który zrobił, najprawdopodobniej w poszukiwaniu tego nieszczęsnego pilota. W chwili, gdy mnie dostrzegł, ruszył w moją stronę. Nakazałam sobie zachować spokój; wmawiałam sobie, że jeśli pozostanę bierna, jak wobec wściekłego psa, to ten pies mnie nie ugryzie. Taki sposób działał chyba jednak tylko na zwierzęta.
- Ty głupia, mała dziwko! Ile mam na Ciebie czekać!? Co Ty sobie kurwa myślisz, że możesz mnie ignorować!? Że możesz uciec!? Niedoczekanie!! – ryknął, w tej samej chwili chwytając mnie mocno za ramię. Próbowałam się uwolnić, ale ścisnął jeszcze mocniej, aż syknęłam z bólu. Nie zrozumcie mnie źle, nie byłam jakimś mięczakiem czy chucherkiem. Miałam całkiem niezłą masę mięśniową przy moich 166cm i świetną kondycję z powodu uprawiania każdej dyscypliny sportu, jaka była dostępna w naszym zapyziałym liceum. Ale jak nastolatka może mierzyć się z dorosłym facetem, napędzanym alkoholem i furią, który w dodatku był jej ojcem? Tak więc ruch, który wykonałam, by się uwolnić, zamiast mi pomóc, tylko wszystko pogorszył.
Ojciec – a raczej potwór, który kiedyś był moim ojcem – szarpał mnie i krzyczał wyzwiska, aż wreszcie warknął, że jestem nieodrodną córką swojej matki i pchnął mnie do tyłu, jednocześnie uwalniając. Zupełnie nieprzygotowana na taki rozwój sytuacji i wciąż oszołomiona brutalnością obelgi, poślizgnęłam się na panelach i runęłam w tył bez jakiejkolwiek kontroli. Ostatnią rzeczą, jaką poczułam, był atomowy wybuch bólu z tyłu głowy, a potem świat zgasł, rozpłynął się w mrokach nieświadomości. 

***

Słyszałam głosy i zastanawiałam się, czy jestem na haju, czy  śnię, czy w końcu dosięgnęła mnie choroba psychiczna.
To było naprawdę dziwne uczucie. Tak jakby na brzegach mojego umysłu pływały korki, które oddalały się, gdy tylko po nie sięgałam. Męczyło mnie to. Nawet ręka zaczęła mi drętwieć od tego nieustannego sięgania.
- Mamo, zobacz! Poruszyła ręką!
Ten krzyk usłyszałam z tak bliska, że w końcu rozróżniłam słowa. Powoli uniosłam powieki, przeklinając idiotę, który doczepił do nich kilogramowe odważniki. W zasięgu mojego wzroku pojawiła się twarz Kaśki i jej mamy. Zanim moje powieki ponownie opadły, zdołałam się do nich uśmiechnąć i zastanowić, skąd one się do cholery wzięły w moim piekle.


- No i wtedy zobaczyłam Cię, leżałaś, taka nieruchoma i jeszcze ta krew! Normalnie jak z jakiegoś horroru! A tak swoją drogą, szukałam w necie, jak zmyć krew ze ściany, bo to raczej marna ozdoba, nawet jak na Twój wątpliwy gust.
Uśmiechnęłam się. Odkąd obudziłam się po raz drugi, już z dużo większą porcją energii, odwiedził mnie lekarz, wyjaśniając stan zdrowia, pielęgniarka, podając leki w dawkach jak dla konia, no i oczywiście wysłuchałam wersję wydarzeń Katarzyny Rej. Według tego, co mówiła, kiedy przyszła o umówionej porze do mojego domu, nikt nie otworzył jej drzwi, więc wpuściła się sama, zastając mnie w kałuży moich płynów ustrojowych  i ani śladu mojego ojca. Zadzwoniła więc po swoją mamę, ta wezwała pogotowie i tak znalazłam się w Szpitalu Wojewódzkim.
Od tamtego dnia minęło już 8 dni.
Leżałam nieprzytomna przez ponad tydzień po ataku mojego ojca, który rozpłynął się w powietrzu, jak odór zgnilizny potraktowany środkiem zapachowym.
Wciąż ciężko było mi zrozumieć, jak mój własny rodzic mógł zostawić mnie na pewną śmierć. I chociaż nienawidziłam go za to, jak żył w ciągu ostatnich kilku tygodni, to w głębi serca dalej go kochałam. Byłam krwią z jego krwi, kością z kości. Byliśmy sobie wzajemnie jedyną rodziną. A kiedy mówię jedyną, to to mam na myśli.
Byłam jedynaczką. Moja mama również. Dziadkowie już od dość dawna nie żyli, podobnie jak rodzice taty. Tata co prawda miał brata, ale ten wyjechał z Polski około 15 lat temu i stał się jakąś szychą za granicą. Ostatni raz widziałam go na mojej Komunii. Prawie zapominałam o fakcie, że to mój ojciec chrzestny.
Tak więc, klan Malinowskich liczył teraz jedynie dwóch członków, z których jeden najwidoczniej miał za nic wartość rodziny.
To właśnie wtedy, leżąc na szpitalnym łóżku, otulona przez ten specyficzny zapach, jednym uchem słuchając najnowszych plotek dostarczanych przez przyjaciółkę, postanowiłam, że wraz z końcem szkoły, do którego zostało 4 dni, zakończę swoje dotychczasowe życie.
Postanowiłam, że ucieknę z rodzinnego miasteczka i ruszę, by żyć. Sama. Wolna.

- Na scenę poprosimy uczennicę klasy IIIa, wyróżnioną za wybitne osiągnięcia sportowe i bardzo dobre wyniki w nauce. Zapraszamy Rozalię Malinowską!
Rozlegają się oklaski, a ja wstaję i idę chwiejnym krokiem w stronę podwyższenia w pożyczonych od Kaśki czarnych szpilkach. Bez komentarzy co do mojego chodu cielaka proszę. Te obcasy są tak wysokie, że mam w nich chyba metr dziewięćdziesiąt. Jednak moja uważająca się za stylistkę przyjaciółka zmusiła mnie do ubrania ich w komplecie z czarną mini spódniczką i zwiewną koszulą w takim samym kolorze. Nie mówcie jej tego, ale praca, jaką nade mną odwaliła, siedząc trzy godziny nad moim makijażem i fryzurą i poświęcenie w postaci pożyczenia ciuchów prawie doprowadziły mnie do łez.
Od czasu wypadku Kasia i jej rodzina stali mi się jeszcze bliżsi niż by to było możliwe w innych okolicznościach. Mieszkałam u nich od czasu wyjścia ze szpitala, rozmawiałam, jadłam, nawet grałam z Kubą, starszym bratem Kaśki, na jego PlayStation i słuchałam jego komentarzy na temat moich piersi (które były cudowne, nie ważne, jak narcystycznie to brzmi; miałam nawet koszulkę I My Girls;). Dzięki nim i mam na myśli Rejów, nie moje piersi,  utrzymywałam pozory normalności i prawie chciałam zostać u nich do końca życia.
Moje postanowienie nie uległo jednak zmianie.
Dzisiejszy dzień był moim ostatnim tutaj.
Co prawda nie miałam konkretnych planów, ani znajomości, a pieniędzy wystarczy mi może na jakieś 2/3 miesiące, ale nie zamierzałam rezygnować. Od dziecka marzyłam, żeby się stąd wyrwać, z tego zaduchu małomiasteczkowego myślenia. Nadarza się świetna okazja. Będę tęsknić jedynie za dwoma rzeczami: za Kaśką i jej rodziną, oraz za mamą.
I podczas, gdy z przyjaciółmi zawsze mogę utrzymywać kontakt telefoniczny, to mamę muszę zostawić tutaj, śpiącą wiecznie pod powierzchnią ziemi.
Zamrugałam gwałtownie. „Nie waż się beczeć na scenie, Malinowska!” – zrugałam się. „Dasz radę.”
Wymusiłam ładny uśmiech, kiedy szkolny fotograf robił zdjęcie mnie i dyrektora ściskających sobie dłonie. Otrzymawszy ładny puchar za całokształt  mojej sportowej kariery oraz dyplom za średnią 4.80, zeszłam po schodkach i skierowałam się na moje miejsce na końcu Sali, gdzie siedziałam w gronie najbliższych znajomych. Zdałam sobie sprawę, że to są moje ostatnie chwile z ludźmi, których znałam od dzieciństwa, niektórych trochę krócej. Ale oni wszyscy coś wnieśli do mojego życia. Oni wiwatowali dla mnie, kiedy wracałam z kolejnym pierwszym miejscem z zawodów łuczniczych i oni żartobliwie nazywali mnie kujonem, kiedy pisałam sprawdzian z angielskiego na szóstkę. Oni szczerze mówili „przykro mi” i „trzymaj się”, kiedy załamałam się po śmierci mamy. To z nimi urywałam się ze szkoły, z nimi pierwszy raz piłam. Oni mnie ukształtowali i bez tych wszystkich pustych głów i rozwydrzonych gęb nie byłabym tym, kim jestem. Z buńczucznym uśmiechem, który towarzyszył mi od czasu, kiedy nauczyłam się chodzić, uniosłam ramiona do góry i zawołałam:
- To już jest koniec!
A zgodny chór spragnionych wolności nastolatków odkrzyknął mi:
- Nie ma już nic! Jesteśmy wolni! Możemy iść!!!1
I nie przejmując się mówiącym swoje końcowe przemówienie dyrektorem, ani próbującymi nas uspokoić nauczycielami, jak jeden mąż ruszyliśmy w stronę drzwi wyjściowych, pragnąc świętować nastanie nowej ery. Ery wolności.













Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi





1 Fragment piosenki „To już jest koniec’’ zespołu Elektryczne Gitary.