niedziela, 27 lipca 2014

septemdecim #



I'll take care of you.





Rozdział 6
„A birthday story”

Sesja nad Sekwaną poszła zaskakująco szybko i obyła się bez większych komplikacji. No, może poza momentem, kiedy podczas jakiejś wyjątkowo wymyślnej pozy Fleur urwała paseczek trzymający jej szpilkę i but wpadł do rzeki. Wszyscy wybuchli śmiechem, ku jej rozpaczy.
Ku mojej rozpaczy, śmiech i szyderstwo Laider’a wywołały u mnie okropną dolegliwość miękkich kolan, więc uciekłam do Bianci, jednej z wizażystek.
Wybrałam ją, ponieważ była bezpiecznie ukryta w baraku, który stał praktycznie opustoszały, kiedy stylizowanie się skończyło, a poza tym była jedyną kobietą mniej więcej w moim wieku w ekipie, więc jakoś tak wyszło, że musiałyśmy się dogadać.
No i, chociaż tego nie przyznawałam, była dla mnie zastępstwem Kaśki. Nie chciałam sprowadzać jej do roli substytutu, ale one dwie miały ze sobą naprawdę dużo wspólnego, a ja strasznie tęskniłam za moją BFF, zwłaszcza w czasie, gdy byłam wystawiona na nieprzyjazne spojrzenia pewnej Francuzki.
Podsumowując, spędziłam z Biancą kilka godzin, rozmawiając o tym, jak dostała się ona do ekipy wujka i jak musiała walczyć z rodzicami, by pozwolili jej zamieszkać samej w Paryżu. Mówiłyśmy po prostu o wszystkim, dopóki około godziny dziewiątej nie zostałyśmy poinformowane, że pierwsza część sesji została zakończona sukcesem i że mamy przerwę do południa, a potem trzeba będzie pojechać do klubu, żeby przygotować go do aktu drugiego.
A jako że zostałam mianowana koordynatorem do spraw wszystkiego, musiałam tam być i pilnować, by ekipa wywiązywała się ze swoich zadań w stu procentach, żeby Perfekcyjna Parka miała odpowiednie warunki do pracy.
Z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że ich szczęściem było danie nam przerwy na lunch, bo inaczej mogłabym zaserwować Blondynie takie warunki, że przestałaby jej się podobać zabawa w modelkę.
Znając poziom mojej frustracji możecie już sobie zapewne wyobrazić ulgę, jaką poczułam, kiedy weszłyśmy do miło wyglądającej knajpki, która dodatkowo pachniała rybami. I nie patrzcie tak dziwnie – byłam uzależniona od ryb, totalnie.
Tak więc, zajęłam miejsce przy oknie, z Biancą naprzeciwko mnie i zaczęłam doglądać kelnera, który na swoje szczęście pojawił się na tyle szybko, że nie musiałyśmy go pospieszać warknięciami naszych pustych brzuchów.
Cóż, jeśli mam być szczera, pomogło mu również to, że był słodki, dosłownie jak aniołek: włosy koloru kłosów pszenicy były rozczochrane i na tyle długie, że układały się wokół jego głowy w kształt aureoli. Piwne oczy, białe zęby i pieprzone dołeczki w policzkach. Dosłownie jak Alex Rider1.
Zerknęłam na Biancę, na której policzkach pojawiły się rumieńce, a biorąc pod uwagę czekoladowobrązowy kolor jej skóry, nie było to łatwe i zauważyłam, że nie kwapi się do złożenia zamówienia.
Przez jedna ponurą chwilę pomyślałam, że gdyby to była Kaśka, to blondyn już ściskałby w dłoni jej nabazgrany na serwetce numer telefonu.
Najwidoczniej jednak śmiałość w miejscach publicznych lub w obecności słodkich chłopaków, nie należała do cech Bianki. No cóż…
Strzeliłam oczyma ku kelnerowi, który z uprzejmym uśmiechem wciąż czekał na nasze zamówienie.
Podpatrzonym z filmów ruchem opuściłam nieco głowę, wykrzywiłam wargi w lekkim uśmiechu i zatrzepotałam rzęsami.
- Co nam Pan poleca?
Jego brwi uniosły się trochę, nie wiem, czy z powodu mojego akcentu, użycia angielskiego, czy trochę żałosnych prób flirtu. Co by to nie było, musiał odchrząknąć, zanim odpowiedział.
- Popisowym daniem szefa kuchni jest dorsz ze szpinakiem w sosie winnym, podawany z grzankami czosnkowymi.
Bianca zaczęła kaszleć na sposób, w jaki wymówił słowo „sos”. Uhu, ktoś tu miał zbereźne myśli.
Ja natomiast wciąż grałam.



1 Alex Rider – postać z filmu „Alex Rider: Misja Stormbreaker”, gdzie tytułową postać gra Alex Pettyfer (TeamAlex ♥ )



- Wyśmienicie, jeśli można odpisać od tego szpinak. Czy mogłabym?
- Oczywiście.
- Więc prosimy dwa razy – zerknęłam jeszcze na Biancę w celu potwierdzenia, które otrzymałam skinięciem głową, po czym pożegnałam kelnera uśmiechem, gdy zapewniał, że wróci jak najszybciej.
Kiedy odszedł, Bianca wybuchła śmiechem. Założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na nią pytającym wzorkiem.
- Zachowujesz się, jakbyśmy grały w jakimś filmie klasy B.
Prychnęłam.
- Po prostu chciałam być uprzejma.
Uniosła na mnie brwi.
- No co?
- Rose, wszyscy wiedzą, że nie jesteś uprzejma.
Obrzuciłam ją moim najlepszym morderczym spojrzeniem, co skwitowała kolejnym wybuchem śmiechu. No tak, cóż, może powinnam dopracować mordercze spojrzenia, ale one naprawdę nie były łatwe, kiedy miało się oczy kota ze Shrek’a, uwierzcie.
Kiedy dostałyśmy wreszcie nasze jedzenie i nacieszyłyśmy się nim w przeciągu zaledwie kilku minut, ponownie podjęłyśmy temat rozpoczęty jeszcze w baraku wizażystów.
- Więc, Twoja przyjaciółka zacznie w tym roku studia, mimo, że Ciebie nie będzie?
Wzruszyłam ramionami.
- Szczerze? Nie mam pojęcia. Byłoby najlepiej, gdyby to zrobiła, ale Kaśka rzadko robi to, co jest uważane za słuszne – wyszczerzyłam zęby, bo to było tak prawdziwe, jeśli chodziło o moją BFF.
- A co z jej bratem? Ledwie o nim wspomniałaś. Z nim też się przyjaźnisz?
Spojrzałam w brązowe oczy Bianci, a następnie przeniosłam wzrok na malujący się za oknem widok na małą, paryską uliczkę.
W końcu westchnęłam.
- Nie wiem, czy można nazwać nas przyjaciółmi. Gdy byłam młodsza, był moim bogiem i moja miłość do niego nie miała granic. On w tym czasie traktował mnie jak drugą siostrę. W końcu oprzytomniałam i uświadomiłam sobie, jak niezręczny mógłby być związek z bratem przyjaciółki. Więc odpuściłam. Na moje nieszczęście, w tym czasie zaczęły mi rosnąć cycki i jego zainteresowanie mną, całkiem przypadkiem, stało się bardziej intensywne. Ale ja miałam już swoje zasady, więc go ignorowałam, szydziłam z niego. Do czasu moich 18 urodzin… - przerwałam.
Oparłam łokcie o stolik i schowałam twarz w dłoniach, przypominając sobie każdy szczegół tamtej nocy. Wciąż nie miałam pojęcia, dlaczego Bóg pokarał mnie zapamiętaniem wszystkich detali. Może jako ostrzeżenie.
Poczułam na przedramieniu ciepłą dłoń, jednak dopiero po chwili zdołałam spojrzeć na zaniepokojoną twarz Bianki.
- Hej, nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
Prychnęłam i ugryzłam wnętrze policzka.
- Po prostu… wstyd mi. To, co zrobiłam tamtej nocy, było żałosne.
- A co zrobiłaś?
Westchnęłam i pozwoliłam porwać się fali wspomnień.

Moja osiemnastka była wielkim wydarzeniem. Głównie dlatego, że byłam popularna w szkole i poza nią, byłam jedynaczką, a rodzice nigdy nie skąpili mi pieniędzy, pod warunkiem, że nie chciałam zmarnować ich na kompletne głupoty.
Tak więc był wynajęty lokal, kapela, jedzenie i oczywiście mnóstwo gości, z czego znałam zaledwie połowę.
Tańczyłam właśnie z jakimś kolesiem, którego imienia nie pamiętałam, kiedy poczułam silne ramiona owijające się wokół mojej talii. Zaskoczona, odwróciłam się, stając twarzą w twarz z uśmiechniętym Kubą. Nie wiem, czy to mój zamroczony absurdalną ilością alkoholu mózg był temu winien, czy to była rzeczywistość, ale Q wyglądał tak dobrze, jak jeszcze nigdy w jego 25-letnim życiu, w czarnych dżinsach, trampkach i flanelowej koszuli w czerwono-czarną kratę. Był niesamo-kurwa-wity. Więc kiedy powiedział „Chodź!”, poszłam za nim bez mrugnięcia okiem, nawet nie patrząc na pozostawionego na parkiecie nieznajomego.
Dosłownie frunęłam, kiedy zaczął prowadzić mnie za rękę do pokojów na piętrze. Szlag trafił moje zasady, byłam tak upojona wódką i euforią, że nawet nie byłabym w stanie przeliterować swojego imienia.
Weszłam z nim do apartamentu dla par i od razu usiadłam na łóżku, głównie dlatego, że moje stopy bardzo cierpiały w szpilkach. Patrzyłam na chłopaka wyczekująco, aż wreszcie się odezwał.
- Wiem, że prezenty zwykle daje się na początku imprezy, ale nie chciałem tego robić przy wszystkich, a poza tym, ciężko Cię dziś dorwać samą, więc…- odchrząknął i wyłamał palce. Był zdenerwowany, to było widać na pierwszy rzut oka. Już chciałam zapytać, czy wszystko ok, kiedy zrobił krok w stronę szafki i chwycił opartą o nią gitarę, którą wcześniej przeoczyłam.
Znałam to cudeńko doskonale, ponieważ to ja i Kaśka mu ją kupiłyśmy. Black Betty – piękny, lśniący, czarny akustyk, z wyrytymi maleńkimi znaczkami KR4Q, co znaczyło „Kaśka i Roza dla Kuby”.
Patrzyłam, coraz bardziej skonsternowana, jak chłopak przełożył pasek przez ramie i ułożył swoje eleganckie, długie palce na gryfie.
Odchrząknął ponownie, po czym mruknął tylko „To dla Ciebie” i jego dłonie zaczęły się poruszać, wydobywając z instrumentu kolejne takty łagodnej ballady. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami. A gdy zaśpiewał pierwsze wersy, łzy napłynęły do moich oczu. W refrenie wymruczał chrapliwym tonem:
Noc
Noc słodka jak to miejsce
Za Twoim uchem2 ,
A ja musiałam przycisnąć dłoń do warg, żeby nie wydobył się z nich szloch i nie zbezcześcił tego cudu, którego doświadczałam.
Nie mogłam uwierzyć, że on, Jakub Rej, starszy brat mojej przyjaciółki, facet, w którym kochałam się przez pół życia i muzyczny fenomen, napisał dla mnie piosenkę. Dla mnie i o mnie. I o nas.


2 Taka moja dodatkowa, haiku-podobna pisanina. Cała rzecz tkwi w tym, że ukryłam tam swoje nazwisko, bo Noctia „Nox” Suavis, po łacinie, znaczy właśnie „Noc, Noc Słodka” :) sprytna Nox.


Wiedział, ile muzyka dla mnie znaczyła. To dzięki niej nasze mamy się poznały, na początku rywalizując ze sobą o miejsce pierwszej solistki w chórze, później przyjaźniąc się i przekazując tę przyjaźń na nas. To przez nią często wyrażałyśmy się z Kaśką, kiedy ona grała, a ja śpiewałam. To przez nią się w nim zakochałam, kiedy pierwszy raz po kryjomu wymknęłyśmy się z kilkoma dziewczynami, żeby podejrzeć próbę zespołu, którego był liderem.

I właśnie on napisał dla mnie piosenkę.
Wciąż pamiętam, jak piękny wtedy był.
Wraz z ostatnimi taktami zmusiłam się wreszcie do wzięcia szarpanego oddechu. Później, obserwując, jak w milczeniu odkłada Betty na swoje miejsce, postanowiłam pokazać mu, jak duże zrobił na mnie wrażenie.
Pamiętacie jednak, jak wspomniałam o tym, jak bardzo pijana byłam?
Cóż, okazało się, że byłam nawet bardziej.
Po pierwsze, gdy tylko podniosłam się z łóżka, świat zachwiał się w fasadach i nogi się pode mną ugięły, prawie posyłając mnie na ziemię.
Po drugie, kiedy Q złapał mnie, bym nie upadła, oplotłam jego szyję ramionami jak bluszczem.
Po trzecie, zaczęłam ciągnąć go do siebie, żeby go pocałować.
I po najgorsze, czwarte, wyznałam mu, jak bardzo byłam w nim zakochana, po czym, bezpardonowo, stwierdziłam, że chcę, żeby mnie przeleciał, „teraz, zaraz, już!”.
Chyba nigdy nie zapomnę szoku, jaki odmalował się na jego twarzy.
Potem powiedział, że nigdy nie myślał, że jestem typem laski, która chce przepieprzyć się z kimkolwiek będąc pod wpływem alkoholu. I to był koniec jednego z najbardziej idealnych momentów w moim życiu.
Cofnęłam się od niego jak oparzona, odbierając jego słowa jak policzek. Nic nie wiedział, choć ja też niczego nie wiedziałam.
Byłam rozemocjonowana, szczęśliwa, zła, obrażona i napalona.
Sprzedałam mu liścia i tak szybko, jak tylko mogłam, opuściłam pokój i zeszłam na dół, na parkiet, gdzie zabawa wciąż trwała w najlepsze.
Niestety, nie pomyślałam o tym, że mój makijaż jest pewnie rozmazany przez łzy, a całe moje ciało dygotało w cichej furii. Pierwszą osobą, która to zauważyła, na nieszczęście wszystkich, był Patryk, najlepszy kumpel Q. Zapytał, czy wszystko w porządku, a ja, niewiele myśląc, czy raczej wcale nie myśląc, rzuciłam się na niego, jak chwilę przedtem na Kubę.
Z tą różnicą, że Patryk mnie nie powstrzymał. Wręcz przeciwnie, kiedy nasze usta się złączyły, a języki splotły, jego dłonie szybko powędrowały na moją pupę, obleczoną jedynie w krótką, obcisłą czerwoną sukienkę, przyciągając mnie do jego twardniejącego penisa.
Przez te sekundy byliśmy sobą tak zajęci, że nie zwróciliśmy uwagi na ostrzegawcze warknięcie, które wybrzmiało za moimi plecami. A potem było już za późno.
Zostałam brutalnie oderwana od Patryka, który chwilę później dostał pierdolenie mocnego sierpowego, który posłał go na ziemię.
Sekundę później Q był na nim, wgniatając przyjaciela w posadzkę kolejnymi ciosami. Nie trwało to długo, zanim jacyś kolesie odciągnęli go i ta masakra się skończyła, jednak do tej pory twarz Patryka tonęła we krwi, a Q, przyciskając do piersi opuchniętą od uderzeń dłoń, obrzucił mnie zdegustowanym, wściekłym spojrzeniem, wyszarpnął się chłopakom, którzy go trzymali i wypadł z lokalu jak demon.
A ja…

- A ja zaczęłam beczeć jak głupia, Kaśka i kilka innych dziewczyn zabrały mnie do łazienki, gdzie przesiedziałam resztę imprezy – odetchnęłam głęboko, zmęczona opowieścią. – Dopiero po tygodniu porozmawiałam i z Patrykiem, i z Kubą. Przeprosiłam ich obu, no bo, cholera, zachowałam się jak idiotka i, cóż, Kuba do tej pory nie wybaczył Patrykowi, że chciał mnie wykorzystać po pijaku, wyrzucił go nawet z zespołu. Chociaż to była wyłącznie moja wina, to Q nie chciał słuchać. Przestaliśmy normalnie rozmawiać, aż do czasu, gdy moja mama… - przewróciłam oczami i zaczęłam wachlować się dłonią, żeby nie zacząć płakać, byłam w tych wspomnieniach tak głęboko. Ledwie zauważyłam, że lewą dłonią ściskam dłoń Bianci, jakby od tego zależało moje życie. Po kilku sekundach kontynuowałam.
- Kiedy tylko usłyszałam o mamie, natychmiast pobiegłam do Rejów. Nigdy nie szukałam pocieszenia u ojca, on był zawsze tym twardo stąpającym po ziemi, więc oni byli moim ratunkiem. Kiedy dotarłam do ich domu, okazało się, że Kaśka pojechała gdzieś z rodzicami i Q był sam. Widząc mój stan od razu przyciągnął mnie w uścisku, nie każąc nic mówić. On wiedział. Leżałam w jego pokoju, na jego łóżku, w jego ramionach, a on puszczał mi składanki naszych ulubionych zespołów, dopóki Kasia nie wróciła. Ale nawet wtedy mnie nie zostawił, czuwał cały czas. To on na pogrzebie trzymał mnie, żebym nie upadła, zostawił mnie dopiero wtedy, gdy go do tego zmusili – zaczęłam gryźć wargę, kiedy słone łzy popłynęły po moich policzkach. I nagle, momentalnie, moje serce przeszyła błyskawica. To był ból, tępe uczucie, z powodu braku obecności ludzi, których kochałam najbardziej na świecie, w moim życiu. Jakże prawdziwe były słowa, że najmocniej dostrzegamy wartość czegoś, kiedy to tracimy. Straciłam mamę, tatę i nie miałam przy sobie osób, które, poza wujkiem, uważałam za rodzinę. Czułam się, jakby ktoś odrąbał mi ręce i nogi, i kazał bez nich żyć.
Byłam taką sentymentalistką pod tą moją skorupą twardej, wyluzowanej laski. Jak jakiś małż, czy coś.
Bianca chyba wyczuła, że potrzebuję mojej chwili, ponieważ mi ją dała, ciągle trzymając mnie za rękę. Ta dziewczyna była wspaniała.
I spojrzała na mnie spod uniesionych ze zdziwienia, hebanowych brwi, kiedy zaczęłam się śmiać przez łzy.
- Obiecałam Q, że pewnego dnia wyprowadzę jego Juniora na spacer – wykrztusiłam w końcu, ocierając policzki i zarabiając kolejne zdezorientowane spojrzenie. Ogarnęłam się i wyjaśniłam:
- Tuż przed moim wyjazdem z Polski umówiliśmy się, że kiedyś go przelecę.
Słysząc to, Bianca najpierw otworzyła usta ze zdziwienia, a potem razem ze mną wybuchła śmiechem.
- Jesteście tacy popierdoleni.
Kiwnęłam głową, zgadzając się z nią całkowicie.
Po kilku minutach, które spędziłam głównie na bardzo, bardzo dokładnym opisywaniu wyglądu Q i pokazywaniu Biance jego zdjęć na moim telefonie, nadszedł czas, żeby wrócić do pracy.
Uregulowałyśmy rachunek, po raz ostatni uśmiechnęłyśmy się do naszego anielskiego kelnera i z obietnicą, że kiedyś na pewno wrócimy, skierowałyśmy się do wyjścia.
Będąc przy drzwiach, chwyciłam dziewczynę za rękę. Spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś.
Uśmiechnęła się do mnie i pokręciła głową.
- Od tego są przyjaciele.
Odwzajemniłam uśmiech i poszłyśmy stawić czoła rzeczywistości.
I właśnie tak, niezamierzenie, zyskałam nowego członka rodziny. 





Autor:  Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi

wtorek, 1 lipca 2014

sedecim #







"I want it bad.. I want a bad girl, baby, bad!"
Serdecznie zapraszam na rozdział 5 6 FEET 2 INCHES :)
hope you enjoy.






Rozdział 5
„Islander’
- Panienko, proszę się obudzić!
Usłyszałam te słowa kilka razy, po czym poczułam, że ktoś potrząsa moim ramieniem.
Niechętnie otworzyłam zaspane oczy i mój wzrok od razu padł na stojący na szafce nocnej budzik. Nie uwierzycie, jaką godzinę wskazywał. 2:40. Pieprzoną 2:40 rano!
Ze zmarszczonym czołem spojrzałam na kobietę, która zajmowała się domem wujka i która mnie obudziła. Podciągnęłam się do pozycji siedzącej na moim królewskich rozmiarów łóżku.
- O co chodzi? Pali się?
Gosposia chyba się uśmiechnęła, ale nie byłam pewna, ponieważ a) wciąż nie byłam do końca przytomna, b) było ciemno jak w…
Ekhem.
- Pan Leon kazał mi panienkę obudzić, ponieważ niedługo wyjeżdżacie na plan zdjęciowy.
To zdanie momentalnie mnie otrzeźwiło i zerwałam się z łóżka, jakby nagle wpuszczono tam chmarę pająków. Nie do wiary, jak szybko minęło tych kilka dni swobodnego nic-nie-robienia, kiedy mogłam wstawać około południa, wyjść pobiegać albo pójść na zakupy z Vivi.
Wreszcie miałam zacząć robić to, po co mnie przywieziono i jeśli mam być szczera, byłam tym potwornie podekscytowana.
W ciągu kolejnych 10 minut wzięłam prysznic, następnie, myjąc zęby, podsuszyłam włosy, pozwalając im pofalować się w naturalny sposób, pociągnęłam rzęsy tuszem, policzki różem, oblizałam usta, aby nadać im trochę połysku i wskoczyłam w dżinsowe szorty i T-shirt z napisem: „I’m POLE, what’s your superpower?”1 I to wszystko w 10 minut. Mhm, wpiszcie mnie do Księgi Rekordów Guinnessa.
Było parę minut przez trzecią, kiedy wyjechałam wraz z wujkiem i Vivian z domu, kierując się w stronę miejsca nad Sekwaną, gdzie zbudowana była sztuczna plaża i było wystarczająco przestrzeni, żeby rozstawić wszystkie akcesoria niezbędne do pierwszej części sesji.
Zapytacie pewnie, po jaką cholerę trzeba było się do tego zrywać o tak potwornej porze?
Otóż cała idea tej sesji polegała na pokazaniu poszczególnych momentów z życia siostrzenicy Vivian i jej narzeczonego. A jako, że cudowny moment oświadczyn nastąpił wraz ze wschodem słońca nad paryską rzeką (niczym pieprzeni Tom Cruise i Katie Holmes, no naprawdę) to również i my, odtwarzając to, musieliśmy się tak katować. Dowiedziałam się również, że późnym popołudniem mieliśmy jechać do klubu jakiegoś znajomego pary, by sfotografować moment ponownego poznania się. W planach był też wyjazd do stadniny koni Viv, sesja z udziałem rodziców Fleur i Laider’a oraz sesja sypialniana, która jednocześnie miała służyć jako reklama bielizny  Chantelle, do której zatrudniono wujka. Ostatnim fotograficznym rozdziałem historii miały być zdjęcia ślubne, chociaż z nimi trzeba będzie poczekać do końca grudnia, a dokładniej do nocy sylwestrowej, bo to właśnie wtedy nasza słodka parka przysięgnie sobie miłość i wierność.
A teraz proszę, powiedzcie mi, że nie byłam jedyną,  którą bawiła ta cała szopka wokół dwójki osób, urządzona tylko dlatego, że bogata panieneczka miała taki kaprys.
Był to jeden z powodów, przez który nie lubiłam Fleur, zanim ją poznałam. Nie znosiłam snobów i ludzi, którzy szastali kasą na lewo i prawo tylko dlatego, że ją mieli. Zwłaszcza, jeśli w wieku 23 lat wciąż brało się ją od rodziców.
Rozumiecie już, czemu, choć podekscytowana początkiem pracy, wysiadłam z auta z marsem na czole?
Jednak, jak powiedziałam, byłam w pracy i wizja niebanalnej pensji zajaśniała na moim mentalnym, zachmurzonym niebie.
Już chciałam odejść, by przywitać się ze stałą ekipą wujka, którą poznałam dwa dni wcześniej i która już uwijała się w wyznaczonym miejscu, by przygotować je do sesji, kiedy poczułam, jak drobna dłoń łapie mnie za łokieć i ciągnie w stronę sporych rozmiarów baraku, który stał w pobliżu.

1 dosł. „Jestem Polką, a jaka jest Twoja supermoc?”


Zdziwiona, spojrzałam na Vivi.
- Musisz poznać moją drogą belle2 Fleur i Laider’a, zanim wszyscy zaczną biegać i krzyczeć, i zrobi się tu jeden wielki galimatias! Leon powiedział, że pewnie są już pod ostrzałem stylistów i wizażystów, ale przecież możemy im na chwilkę przeszkodzić. A może już skończyli? Wyobraź sobie, jesteśmy przecież praktycznie rodziną! Jestem pewna, że zostaniecie z Fleur najlepszymi przyjaciółkami!
I tak dalej. Wyłączyłam się w trakcie tego entuzjastycznego przemówienia, ponieważ o tym, jak cudowna jest jej siostrzenica, Vivi opowiadała mi już jakieś 500 razy w czasie śniadań, obiadów, kolacji, spacerów…
I kiedy weszłyśmy do pomieszczenia, moim oczom ukazała się piękna kobieta, otoczona wianuszkiem ludzi, którzy poprawiali jej makijaż, włosy i rozprostowywali niewidoczne zmarszczki na zwiewnej, białej sukience.
Vivian natychmiast ruszyła w jej stronę i za chwilę można było usłyszeć radosny śmiech obu kobiet i cmokanie po policzkach. Wizażyści najwidoczniej zrozumieli, że to na razie koniec ich pracy, bo rozbiegli się, każdy w swoją stronę.
Ja tymczasem po raz pierwszy mogłam na własne oczy zobaczyć legendarną Fleur Charpentier.
Była dokładnie taka, jak ją opisywano. Około 175cm wzrostu, z sięgającymi do ramion złotoblond włosami, arystokratycznymi rysami twarzy oraz niesamowicie szczupłą, żeby nie powiedzieć chudą, sylwetką. Jadeitowe oczy lśniły tak samo, jak jej ciotki.
Innymi słowy, była całkowitym przeciwieństwem mnie.
Wreszcie, po kilku minutach francuskiego szczebiotu, usłyszałam słowa Vivian.
- Kochanie, pozwól, że przedstawię Ci chrześnicę Leona, o której tyle Ci mówiłam podczas ostatniego spotkania. – „No proszę, czyli nie tylko ja byłam dręczona tymi historyjkami.” – pomyślałam.
- Rozalio, to jest Fleur.


2 belle z fr. piękna;


Zrobiłam dwa kroki w ich kierunku, Fleur zrobiła to samo i uścisnęłyśmy sobie dłonie.
- Bardzo miło mi Cię poznać, rzeczywiście, dużo o Tobie słyszałam. Przyjmij również moje kondolencje z powodu Twojej mamy.
Nie bardzo wiedząc, jak zareagować po usłyszeniu tych znienawidzonych przeze mnie słów, mruknęłam grzecznie:
- Dziękuję. Również miło mi Cię poznać – i wysunęłam dłoń z jej uścisku. Viv chyba zauważyła napięcie wiszące w powietrzu, bo nieco zbyt entuzjastycznym tonem zapytała, gdzie podziewa się Laider. Również byłam ciekawa. Chciałam bowiem zobaczyć, jakiemu facetowi będę współczuć przyszłości z Panną Blondyną.
Nie patrzcie tak, przecież mówiłam, że jej nie lubię. Widząc jej idealną twarz znielubiłam ją jeszcze mocniej, w końcu jestem tylko dziewczyną ze swoimi kompleksami.
Zanim jednak perfekcyjna Fleur zdążyła odpowiedzieć, gdzie jest jej, zapewne również perfekcyjny, narzeczony, usłyszeliśmy jak ktoś zawołał imię Vivian z drugiego końca pomieszczenia, gdzie znajdowały się miejsca wyznaczone na przebieralnie (wywnioskowałam tak z plakatu, który mówił PRZEBIERALNIE, przyklejonego do parawanu; jestem drugim Sherlockiem, o tak!).
- Piękna Vivi! Już nie mogłem się doczekać, kiedy o mnie zapytasz.
Viv zaczęła się śmiać, podobnie jak Fleur, a ja stałam, przeszywana ciarkami na dźwięk jego głosu. Brzmiał cudownie, nisko, męsko i dźwięcznie, jak połączenie Chad’a Kroeger’a i Sean’a Connery’ego3 i co najdziwniejsze… miał brytyjski akcent. Tak silny, że zniekształcał słowa. Nigdy nie pomyślałam o tym, że facet Fleur może nie być Francuzem, choć może jego nazwisko powinno dać mi do myślenia. Teraz jednak byłam pewna, że był wyspiarzem, bo uważałam się za swego rodzaju eksperta jeśli chodzi o rozpoznawanie akcentów. Strzelając w ciemno, stawiałam, że był Walijczykiem bądź Irlandczykiem.
A teraz nazwijcie mnie 200-procentową dziewczyną, bo wszystkie te przemyślenia wyparowały z mojej głowy w chwili, w której pierwszy raz zobaczyłam Laider’a. Jeśli wam to coś powie, to wyglądał lepiej, niż brzmiał.

3 Chad Kroeger – wokalista rockowy, lider grupy Nickelback; Sean Connery – szkocki aktor, znany m.in. z roli Agenta 007;
 
Wyszedł z przebieralni w czarnych dżinsach i w koszuli o tym samym kolorze. Miedziano-złoto-brązowe włosy były ułożone w kontrolowany nieład, a blado niebieskie oczy błyszczały wesoło, komponując się z zawadiackim uśmiechem, który gościł na jego pełnych ustach.
Ześlijcie mnie za to do piekła, ale zachłysnęłam się każdą ciętą ripostą, którą miałam dla niego przygotowaną. To chyba pierwszy raz, kiedy zaniemówiłam na widok faceta.
Vivian pocałowała go w oba policzki, narzekając, że powinien się ogolić, bo jego zarost podrażni jej skórę, a ja, kierowana szóstym zmysłem, zerknęłam na Pannę Perfekcyjną. Obserwowała mnie z lekko uniesioną brwią i z nikłym uśmiechem na ustach. Cholera, miałam nadzieję, że moje wewnętrze uwielbienie dla wyglądu jej przyszłego męża się nie uzewnętrzniło i nie było widoczne na mojej twarzy.
Natomiast, nieświadoma tornada myśli i emocji, szalejącego w moim umyśle, Vivian pociągnęła mężczyznę w moją stronę i wtedy, po raz pierwszy, nasze spojrzenia się skrzyżowały.
Od razu zauważyłam, jak uśmiech ściera się z jego twarzy. Ja zagryzłam wnętrze policzka, a on przeniósł wzrok na swoją olśniewającą narzeczoną, umalowaną, uczesaną i ubraną w piękną sukienkę oraz buty na cienkiej szpilce, a potem ponownie na mnie, z włosami roztrzepanymi od wiatru, w trampkach i w wyzywającym T-shircie z podwiniętymi rękawkami. Nagle poczułam się brzydka.
Po chwili milczenia wyciągnął zadbaną (i naprawę ogromną) dłoń w moją stronę.
- Miło w końcu Cię spotkać, Rozalio.  Dużo się o Tobie słyszało ostatnimi czasy.
Bardzo starał się, żeby moje imię nie zabrzmiało jak Rosalie. Może wcześniej ćwiczył przed lustrem, ha, ha.
Wzięłam głęboki oddech, zanim nerwy całkowicie przejęły władzę nad moim ciałem i wysiliłam się na uśmiech, po czym uścisnęłam jego dłoń. Poczułam zgrubienia na opuszkach jego palców.
- Mi również jest miło – wydukałam, rozpaczliwie potrzebując koła ratunkowego, ponieważ tonęłam w oceanach jego tęczówek. W jasnym świetle wyglądały na tak blade, że prawie szare, pomijając ciemne obwódki. Na szczęście kołem ratunkowym okazał się mój język, działając bezwarunkowo. – Niestety ja za wiele o Tobie nie słyszałam, a przecież to Ty jesteś tym sławnym – westchnęłam, jakby z zawodem i uwolniłam swoją dłoń z jego. – Mam nadzieję, że mi to wybaczysz – dokończyłam, wreszcie obdarzając go prawdziwym uśmiechem. Ok, tak naprawdę to wyszczerzyłam się na widok mięśni drgających w jego szczęce, kiedy zacisnął zęby. „Ojoj, nie denerwuj się, kochanie, bo zbrzydniesz.” – pomyślałam wrednie, po czym wymówiłam się obowiązkami i wyszłam na zewnątrz.
Dopiero tam wzięłam normalny, głęboki oddech. Chociaż to było żenujące, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie ten facet, to byłam zadowolona z siebie, że mimo wszystko potrafiłam z niego zakpić.
Roza – 1, Laider – 0.
I nagle, całkiem nieproszenie, odezwał się w mojej głowie głos niepokojąco przypominający Kaśkę: „ Jeśli kogoś nie polubisz, to z uśmiechem podrywaj chłopaka tej zdziry.” Prawie wybuchnęłam śmiechem, wyobrażając sobie, co ona zrobiłaby, żeby zdobyć faceta, który jej się podoba.
Oczywiście, ja nie posunęłabym się do czegoś takiego, nie ważne, jak odpychająca była Fleur i pociągający Laider. „Oczywiście, że nie” – myślałam, przeczesując włosy palcami.
Chociaż, z drugiej strony…







Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi