I'll take care of you.
Rozdział 6
„A birthday story”
Sesja
nad Sekwaną poszła zaskakująco szybko i obyła się bez większych komplikacji.
No, może poza momentem, kiedy podczas jakiejś wyjątkowo wymyślnej pozy Fleur
urwała paseczek trzymający jej szpilkę i but wpadł do rzeki. Wszyscy wybuchli
śmiechem, ku jej rozpaczy.
Ku
mojej rozpaczy, śmiech i szyderstwo Laider’a wywołały u mnie okropną
dolegliwość miękkich kolan, więc uciekłam do Bianci, jednej z wizażystek.
Wybrałam
ją, ponieważ była bezpiecznie ukryta w baraku, który stał praktycznie
opustoszały, kiedy stylizowanie się skończyło, a poza tym była jedyną kobietą
mniej więcej w moim wieku w ekipie, więc jakoś tak wyszło, że musiałyśmy się
dogadać.
No
i, chociaż tego nie przyznawałam, była dla mnie zastępstwem Kaśki. Nie chciałam
sprowadzać jej do roli substytutu, ale one dwie miały ze sobą naprawdę dużo
wspólnego, a ja strasznie tęskniłam za moją BFF, zwłaszcza w czasie, gdy byłam
wystawiona na nieprzyjazne spojrzenia pewnej Francuzki.
Podsumowując,
spędziłam z Biancą kilka godzin, rozmawiając o tym, jak dostała się ona do
ekipy wujka i jak musiała walczyć z rodzicami, by pozwolili jej zamieszkać
samej w Paryżu. Mówiłyśmy po prostu o wszystkim, dopóki około godziny
dziewiątej nie zostałyśmy poinformowane, że pierwsza część sesji została
zakończona sukcesem i że mamy przerwę do południa, a potem trzeba będzie
pojechać do klubu, żeby przygotować go do aktu drugiego.
A
jako że zostałam mianowana koordynatorem do spraw wszystkiego, musiałam tam być
i pilnować, by ekipa wywiązywała się ze swoich zadań w stu procentach, żeby
Perfekcyjna Parka miała odpowiednie warunki do pracy.
Z
ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że ich szczęściem było danie nam przerwy na
lunch, bo inaczej mogłabym zaserwować Blondynie takie warunki, że przestałaby
jej się podobać zabawa w modelkę.
Znając
poziom mojej frustracji możecie już sobie zapewne wyobrazić ulgę, jaką
poczułam, kiedy weszłyśmy do miło wyglądającej knajpki, która dodatkowo
pachniała rybami. I nie patrzcie tak dziwnie – byłam uzależniona od ryb,
totalnie.
Tak
więc, zajęłam miejsce przy oknie, z Biancą naprzeciwko mnie i zaczęłam doglądać
kelnera, który na swoje szczęście pojawił się na tyle szybko, że nie musiałyśmy
go pospieszać warknięciami naszych pustych brzuchów.
Cóż,
jeśli mam być szczera, pomogło mu również to, że był słodki, dosłownie jak
aniołek: włosy koloru kłosów pszenicy były rozczochrane i na tyle długie, że
układały się wokół jego głowy w kształt aureoli. Piwne oczy, białe zęby i
pieprzone dołeczki w policzkach. Dosłownie jak Alex Rider1.
Zerknęłam
na Biancę, na której policzkach pojawiły się rumieńce, a biorąc pod uwagę
czekoladowobrązowy kolor jej skóry, nie było to łatwe i zauważyłam, że nie
kwapi się do złożenia zamówienia.
Przez
jedna ponurą chwilę pomyślałam, że gdyby to była Kaśka, to blondyn już
ściskałby w dłoni jej nabazgrany na serwetce numer telefonu.
Najwidoczniej
jednak śmiałość w miejscach publicznych lub w obecności słodkich chłopaków, nie
należała do cech Bianki. No cóż…
Strzeliłam
oczyma ku kelnerowi, który z uprzejmym uśmiechem wciąż czekał na nasze
zamówienie.
Podpatrzonym
z filmów ruchem opuściłam nieco głowę, wykrzywiłam wargi w lekkim uśmiechu i
zatrzepotałam rzęsami.
-
Co nam Pan poleca?
Jego
brwi uniosły się trochę, nie wiem, czy z powodu mojego akcentu, użycia
angielskiego, czy trochę żałosnych prób flirtu. Co by to nie było, musiał
odchrząknąć, zanim odpowiedział.
-
Popisowym daniem szefa kuchni jest dorsz ze szpinakiem w sosie winnym, podawany
z grzankami czosnkowymi.
Bianca
zaczęła kaszleć na sposób, w jaki wymówił słowo „sos”. Uhu, ktoś tu miał
zbereźne myśli.
Ja natomiast wciąż grałam.
1 Alex
Rider – postać z filmu „Alex Rider: Misja Stormbreaker”, gdzie tytułową postać
gra Alex Pettyfer (TeamAlex ♥ )
-
Wyśmienicie, jeśli można odpisać od tego szpinak. Czy mogłabym?
- Oczywiście.
- Więc prosimy dwa razy – zerknęłam jeszcze
na Biancę w celu potwierdzenia, które otrzymałam skinięciem głową, po czym
pożegnałam kelnera uśmiechem, gdy zapewniał, że wróci jak najszybciej.
Kiedy odszedł, Bianca wybuchła śmiechem.
Założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na nią pytającym wzorkiem.
-
Zachowujesz się, jakbyśmy grały w jakimś filmie klasy B.
Prychnęłam.
-
Po prostu chciałam być uprzejma.
Uniosła
na mnie brwi.
-
No co?
-
Rose, wszyscy wiedzą, że nie jesteś uprzejma.
Obrzuciłam
ją moim najlepszym morderczym spojrzeniem, co skwitowała kolejnym wybuchem
śmiechu. No tak, cóż, może powinnam dopracować mordercze spojrzenia, ale one
naprawdę nie były łatwe, kiedy miało się oczy kota ze Shrek’a, uwierzcie.
Kiedy
dostałyśmy wreszcie nasze jedzenie i nacieszyłyśmy się nim w przeciągu zaledwie
kilku minut, ponownie podjęłyśmy temat rozpoczęty jeszcze w baraku wizażystów.
-
Więc, Twoja przyjaciółka zacznie w tym roku studia, mimo, że Ciebie nie będzie?
Wzruszyłam
ramionami.
-
Szczerze? Nie mam pojęcia. Byłoby najlepiej, gdyby to zrobiła, ale Kaśka rzadko
robi to, co jest uważane za słuszne – wyszczerzyłam zęby, bo to było tak
prawdziwe, jeśli chodziło o moją BFF.
-
A co z jej bratem? Ledwie o nim wspomniałaś. Z nim też się przyjaźnisz?
Spojrzałam
w brązowe oczy Bianci, a następnie przeniosłam wzrok na malujący się za oknem
widok na małą, paryską uliczkę.
W
końcu westchnęłam.
-
Nie wiem, czy można nazwać nas przyjaciółmi. Gdy byłam młodsza, był moim bogiem
i moja miłość do niego nie miała granic. On w tym czasie traktował mnie jak
drugą siostrę. W końcu oprzytomniałam i uświadomiłam sobie, jak niezręczny
mógłby być związek z bratem przyjaciółki. Więc odpuściłam. Na moje
nieszczęście, w tym czasie zaczęły mi rosnąć cycki i jego zainteresowanie mną,
całkiem przypadkiem, stało się bardziej intensywne. Ale ja miałam już swoje
zasady, więc go ignorowałam, szydziłam z niego. Do czasu moich 18 urodzin… -
przerwałam.
Oparłam
łokcie o stolik i schowałam twarz w dłoniach, przypominając sobie każdy
szczegół tamtej nocy. Wciąż nie miałam pojęcia, dlaczego Bóg pokarał mnie
zapamiętaniem wszystkich detali. Może jako ostrzeżenie.
Poczułam
na przedramieniu ciepłą dłoń, jednak dopiero po chwili zdołałam spojrzeć na
zaniepokojoną twarz Bianki.
-
Hej, nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
Prychnęłam
i ugryzłam wnętrze policzka.
-
Po prostu… wstyd mi. To, co zrobiłam tamtej nocy, było żałosne.
-
A co zrobiłaś?
Westchnęłam
i pozwoliłam porwać się fali wspomnień.
Moja osiemnastka była wielkim wydarzeniem.
Głównie dlatego, że byłam popularna w szkole i poza nią, byłam jedynaczką, a
rodzice nigdy nie skąpili mi pieniędzy, pod warunkiem, że nie chciałam
zmarnować ich na kompletne głupoty.
Tak więc był wynajęty lokal, kapela,
jedzenie i oczywiście mnóstwo gości, z czego znałam zaledwie połowę.
Tańczyłam właśnie z jakimś kolesiem,
którego imienia nie pamiętałam, kiedy poczułam silne ramiona owijające się
wokół mojej talii. Zaskoczona, odwróciłam się, stając twarzą w twarz z
uśmiechniętym Kubą. Nie wiem, czy to mój zamroczony absurdalną ilością alkoholu
mózg był temu winien, czy to była rzeczywistość, ale Q wyglądał tak dobrze, jak
jeszcze nigdy w jego 25-letnim życiu, w czarnych dżinsach, trampkach i
flanelowej koszuli w czerwono-czarną kratę. Był niesamo-kurwa-wity. Więc kiedy
powiedział „Chodź!”, poszłam za nim bez mrugnięcia okiem, nawet nie patrząc na
pozostawionego na parkiecie nieznajomego.
Dosłownie frunęłam, kiedy zaczął prowadzić
mnie za rękę do pokojów na piętrze. Szlag trafił moje zasady, byłam tak upojona
wódką i euforią, że nawet nie byłabym w stanie przeliterować swojego imienia.
Weszłam z nim do apartamentu dla par i od
razu usiadłam na łóżku, głównie dlatego, że moje stopy bardzo cierpiały w
szpilkach. Patrzyłam na chłopaka wyczekująco, aż wreszcie się odezwał.
- Wiem, że prezenty zwykle daje się na
początku imprezy, ale nie chciałem tego robić przy wszystkich, a poza tym,
ciężko Cię dziś dorwać samą, więc…- odchrząknął i wyłamał palce. Był
zdenerwowany, to było widać na pierwszy rzut oka. Już chciałam zapytać, czy
wszystko ok, kiedy zrobił krok w stronę szafki i chwycił opartą o nią gitarę,
którą wcześniej przeoczyłam.
Znałam to cudeńko doskonale, ponieważ to ja
i Kaśka mu ją kupiłyśmy. Black Betty – piękny, lśniący, czarny akustyk, z
wyrytymi maleńkimi znaczkami KR4Q, co znaczyło „Kaśka i Roza dla Kuby”.
Patrzyłam, coraz bardziej skonsternowana,
jak chłopak przełożył pasek przez ramie i ułożył swoje eleganckie, długie palce
na gryfie.
Odchrząknął ponownie, po czym mruknął tylko
„To dla Ciebie” i jego dłonie zaczęły się poruszać, wydobywając z instrumentu
kolejne takty łagodnej ballady. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami. A gdy
zaśpiewał pierwsze wersy, łzy napłynęły do moich oczu. W refrenie wymruczał
chrapliwym tonem:
Noc
Noc słodka jak to miejsce
Za Twoim uchem…2 ,
A ja musiałam przycisnąć dłoń do warg, żeby
nie wydobył się z nich szloch i nie zbezcześcił tego cudu, którego
doświadczałam.
Nie
mogłam uwierzyć, że on, Jakub Rej, starszy brat mojej przyjaciółki, facet, w
którym kochałam się przez pół życia i muzyczny fenomen, napisał dla mnie
piosenkę. Dla mnie i o mnie. I o nas.
2 Taka moja dodatkowa, haiku-podobna
pisanina. Cała rzecz tkwi w tym, że ukryłam tam swoje nazwisko, bo Noctia „Nox”
Suavis, po łacinie, znaczy właśnie „Noc, Noc Słodka” :) sprytna Nox.
Wiedział,
ile muzyka dla mnie znaczyła. To dzięki niej nasze mamy się poznały, na
początku rywalizując ze sobą o miejsce pierwszej solistki w chórze, później
przyjaźniąc się i przekazując tę przyjaźń na nas. To przez nią często wyrażałyśmy
się z Kaśką, kiedy ona grała, a ja śpiewałam. To przez nią się w nim
zakochałam, kiedy pierwszy raz po kryjomu wymknęłyśmy się z kilkoma
dziewczynami, żeby podejrzeć próbę zespołu, którego był liderem.
I właśnie on napisał dla mnie piosenkę.
Wciąż pamiętam, jak piękny wtedy był.
Wraz z ostatnimi taktami zmusiłam się
wreszcie do wzięcia szarpanego oddechu. Później, obserwując, jak w milczeniu
odkłada Betty na swoje miejsce, postanowiłam pokazać mu, jak duże zrobił na
mnie wrażenie.
Pamiętacie jednak, jak wspomniałam o tym,
jak bardzo pijana byłam?
Cóż, okazało się, że byłam nawet bardziej.
Po pierwsze, gdy tylko podniosłam się z
łóżka, świat zachwiał się w fasadach i nogi się pode mną ugięły, prawie
posyłając mnie na ziemię.
Po drugie, kiedy Q złapał mnie, bym nie
upadła, oplotłam jego szyję ramionami jak bluszczem.
Po trzecie, zaczęłam ciągnąć go do siebie,
żeby go pocałować.
I po najgorsze, czwarte, wyznałam mu, jak
bardzo byłam w nim zakochana, po czym, bezpardonowo, stwierdziłam, że chcę,
żeby mnie przeleciał, „teraz, zaraz, już!”.
Chyba nigdy nie zapomnę szoku, jaki
odmalował się na jego twarzy.
Potem powiedział, że nigdy nie myślał, że
jestem typem laski, która chce przepieprzyć się z kimkolwiek będąc pod wpływem
alkoholu. I to był koniec jednego z najbardziej idealnych momentów w moim
życiu.
Cofnęłam się od niego jak oparzona,
odbierając jego słowa jak policzek. Nic nie wiedział, choć ja też niczego nie
wiedziałam.
Byłam rozemocjonowana, szczęśliwa, zła,
obrażona i napalona.
Sprzedałam mu liścia i tak szybko, jak
tylko mogłam, opuściłam pokój i zeszłam na dół, na parkiet, gdzie zabawa wciąż
trwała w najlepsze.
Niestety, nie pomyślałam o tym, że mój
makijaż jest pewnie rozmazany przez łzy, a całe moje ciało dygotało w cichej
furii. Pierwszą osobą, która to zauważyła, na nieszczęście wszystkich, był
Patryk, najlepszy kumpel Q. Zapytał, czy wszystko w porządku, a ja, niewiele
myśląc, czy raczej wcale nie myśląc, rzuciłam się na niego, jak chwilę przedtem
na Kubę.
Z tą różnicą, że Patryk mnie nie powstrzymał.
Wręcz przeciwnie, kiedy nasze usta się złączyły, a języki splotły, jego dłonie
szybko powędrowały na moją pupę, obleczoną jedynie w krótką, obcisłą czerwoną
sukienkę, przyciągając mnie do jego twardniejącego penisa.
Przez te sekundy byliśmy sobą tak zajęci, że
nie zwróciliśmy uwagi na ostrzegawcze warknięcie, które wybrzmiało za moimi
plecami. A potem było już za późno.
Zostałam brutalnie oderwana od Patryka,
który chwilę później dostał pierdolenie mocnego sierpowego, który posłał go na
ziemię.
Sekundę później Q był na nim, wgniatając
przyjaciela w posadzkę kolejnymi ciosami. Nie trwało to długo, zanim jacyś
kolesie odciągnęli go i ta masakra się skończyła, jednak do tej pory twarz
Patryka tonęła we krwi, a Q, przyciskając do piersi opuchniętą od uderzeń dłoń,
obrzucił mnie zdegustowanym, wściekłym spojrzeniem, wyszarpnął się chłopakom,
którzy go trzymali i wypadł z lokalu jak demon.
A ja…
-
A ja zaczęłam beczeć jak głupia, Kaśka i kilka innych dziewczyn zabrały mnie do
łazienki, gdzie przesiedziałam resztę imprezy – odetchnęłam głęboko, zmęczona
opowieścią. – Dopiero po tygodniu porozmawiałam i z Patrykiem, i z Kubą.
Przeprosiłam ich obu, no bo, cholera, zachowałam się jak idiotka i, cóż, Kuba
do tej pory nie wybaczył Patrykowi, że chciał mnie wykorzystać po pijaku,
wyrzucił go nawet z zespołu. Chociaż to była wyłącznie moja wina, to Q nie
chciał słuchać. Przestaliśmy normalnie rozmawiać, aż do czasu, gdy moja mama… -
przewróciłam oczami i zaczęłam wachlować się dłonią, żeby nie zacząć płakać, byłam
w tych wspomnieniach tak głęboko. Ledwie zauważyłam, że lewą dłonią ściskam
dłoń Bianci, jakby od tego zależało moje życie. Po kilku sekundach
kontynuowałam.
-
Kiedy tylko usłyszałam o mamie, natychmiast pobiegłam do Rejów. Nigdy nie
szukałam pocieszenia u ojca, on był zawsze tym twardo stąpającym po ziemi, więc
oni byli moim ratunkiem. Kiedy dotarłam do ich domu, okazało się, że Kaśka
pojechała gdzieś z rodzicami i Q był sam. Widząc mój stan od razu przyciągnął
mnie w uścisku, nie każąc nic mówić. On wiedział. Leżałam w jego pokoju, na
jego łóżku, w jego ramionach, a on puszczał mi składanki naszych ulubionych
zespołów, dopóki Kasia nie wróciła. Ale nawet wtedy mnie nie zostawił, czuwał
cały czas. To on na pogrzebie trzymał mnie, żebym nie upadła, zostawił mnie
dopiero wtedy, gdy go do tego zmusili – zaczęłam gryźć wargę, kiedy słone łzy
popłynęły po moich policzkach. I nagle, momentalnie, moje serce przeszyła
błyskawica. To był ból, tępe uczucie, z powodu braku obecności ludzi, których
kochałam najbardziej na świecie, w moim życiu. Jakże prawdziwe były słowa, że najmocniej
dostrzegamy wartość czegoś, kiedy to tracimy. Straciłam mamę, tatę i nie miałam
przy sobie osób, które, poza wujkiem, uważałam za rodzinę. Czułam się, jakby
ktoś odrąbał mi ręce i nogi, i kazał bez nich żyć.
Byłam
taką sentymentalistką pod tą moją skorupą twardej, wyluzowanej laski. Jak jakiś
małż, czy coś.
Bianca
chyba wyczuła, że potrzebuję mojej chwili, ponieważ mi ją dała, ciągle
trzymając mnie za rękę. Ta dziewczyna była wspaniała.
I
spojrzała na mnie spod uniesionych ze zdziwienia, hebanowych brwi, kiedy
zaczęłam się śmiać przez łzy.
-
Obiecałam Q, że pewnego dnia wyprowadzę jego Juniora na spacer – wykrztusiłam w
końcu, ocierając policzki i zarabiając kolejne zdezorientowane spojrzenie.
Ogarnęłam się i wyjaśniłam:
-
Tuż przed moim wyjazdem z Polski umówiliśmy się, że kiedyś go przelecę.
Słysząc
to, Bianca najpierw otworzyła usta ze zdziwienia, a potem razem ze mną wybuchła
śmiechem.
-
Jesteście tacy popierdoleni.
Kiwnęłam
głową, zgadzając się z nią całkowicie.
Po
kilku minutach, które spędziłam głównie na bardzo, bardzo dokładnym opisywaniu
wyglądu Q i pokazywaniu Biance jego zdjęć na moim telefonie, nadszedł czas,
żeby wrócić do pracy.
Uregulowałyśmy
rachunek, po raz ostatni uśmiechnęłyśmy się do naszego anielskiego kelnera i z
obietnicą, że kiedyś na pewno wrócimy, skierowałyśmy się do wyjścia.
Będąc
przy drzwiach, chwyciłam dziewczynę za rękę. Spojrzała na mnie zaciekawiona.
-
Dziękuję, że mnie wysłuchałaś.
Uśmiechnęła
się do mnie i pokręciła głową.
-
Od tego są przyjaciele.
Odwzajemniłam
uśmiech i poszłyśmy stawić czoła rzeczywistości.
I
właśnie tak, niezamierzenie, zyskałam nowego członka rodziny.
Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi

