wtorek, 28 stycznia 2014

novem #

Po pierwsze ostrzegam, że dziś wszystko na surowo, bo moja beta nie ma czasu mnie sprawdzić. Więc z góry przepraszam za wszystkie błędy.
Po drugie chcę szybko wspomnieć, że zdjęcie zrobione dziś rano w mojej genialnej szkole :D Ludzie i ich brak mózgu >>>> świat.
A teraz, read & enjoy.





UNDRESSED   PART   V





W zamule swojego podniecenia Marie zdołała docenić wszystkich niewidomych, za to, że potrafili żyć mając ciemność przed oczyma 24/7, bo ona, przyklejona ustami i rękami do William’a, zaliczyła sofę, dwie ściany i drzwi, nim wreszcie zdołała odnaleźć drogę do swojej sypialni. Co zakrywało o absurd i dzięki Bogu, że nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo jej policzki płonęłyby jak dwa zachodzące słońca. Zamiast tego skupiała się na tym, by ustać na nogach, w czym bardzo pomagały jej owinięte wokół jej talii ramiona, bo jakimś magicznym sposobem język William’a poruszający się w jej ustach zamieniał twarde kości w ciecz. To było wspaniałe uczucie, dopóki…
Ugh.
Jej głowa lekko odskoczyła, kiedy, chyba nie zdając sobie sprawy ze swojej siły, William pchnął ją na ścianę, ledwie omijając stojącą obok komodę, na której położył rękę. Drugą trzymał na chłodnym tynku, na wysokości jej bioder. I tak oto znalazła się w klatce jego ciała i ściany.
Z pochyloną głową, czołem opartym o jej i urwanym oddechem wyglądał jak głodujący, który zobaczył tort czekoladowy.
-Co się stało? – szepnęła w końcu, kiedy cisza się przedłużała, a on schował swe morskie oczy za kurtyną rzęs. Jabłko Adama w jego gardle poruszyło się na chwilę przed odpowiedzią, a Rie zastanawiała się w myślach, jaką trzeba być idiotką, żeby zwracać uwagę na takie rzeczy i dodatkowo uważać je za niebywale seksowne.
Grr, ten facet doprowadzi ją na skróty do psychiatryka.
- Powiedz mi.
Hmm… może doprowadzi ją do psychiatryka nie tylko swoim boskim wyglądem, ale też irytującym sposobem bycia. Pomodliła się o cierpliwość.
- Co mam Ci powiedzieć?
Jego powieki uniosły się i te błyskawice w jego oczach, które pierwszy raz poraziły ją w klubie, zrobiły to ponownie.
- Powiedz mi, że już się nie boisz. Że nie masz wątpliwości. Że to, że jestem Twoim wykładowcą i przy tym popieprzonym kretynem nie ma znaczenia – nabrał powietrza w płuca, czyniąc swoją imponującą klatkę piersiową jeszcze bardziej imponującą. – Powiedz mi, że jesteś moja.
U-oh.
To było… było…
U-oh.
Zsunęła swój wzrok na jego usta, a potem niżej, niżej, aż na wybrzuszenie w jego ciemnych jeansach. Nie mogąc się powstrzymać, przesunęła dłonią po całej jego długości, od początku do końca, zatrzymując palce na masywnej klamrze paska. Z satysfakcją zanotowała w pamięci jego wstrzymany oddech i mimowolny ruch bioder w kierunku jej dłoni. Ponownie spojrzała mu w oczy, dostrzegając w nich bolesne wręcz pożądanie. Nie mogła odpędzić się od myśli, że wyglądał cholernie uroczo, kiedy próbował odzyskać nad sobą kontrolę, ale prędzej oddałaby swój aparat niż to przyznała.
-Wiesz to, William. Wiesz, że masz mnie od chwili, kiedy… - już miała powiedzieć wszedłeś do mojego domu, ale uświadomiła sobie, że to byłoby wierutne kłamstwo. – Tak naprawdę to masz mnie od chwili, kiedy zwymyślałeś mi za spóźnienie na pierwsze zajęcia.
Odpowiedział jej czymś pomiędzy jękiem a mruknięciem.
„Cholera, nie zdawałam sobie sprawy z własnej mocy” – pomyślała, zaskoczona, jak bardzo na niego działała. No, ale przecież działało to w dwie strony.
- Doprowadzasz mnie do szaleństwa – warknął w końcu, ale zamiast się przestraszyć, albo chociaż zaniepokoić, poczuła się tylko bardziej podniecona. Mogłaby się założyć, że kiwnąłby palcem, a ona już miałaby orgazm… To było trochę niepokojące, jak szybko się od niego uzależniała.
Ok, to było bardzo niepokojące i jedyne, co ją w tym wszystkim pocieszało, to uczucie jego twardego penisa uciskającego jej brzuch, bo to znaczyło, że on również miałby orgazm, gdyby kiwnęła palcem. Tyle, że miałoby to bardzo dosłowne znaczenie.
Podsumowując, jeśli żadne z nich nie wybuchnie tej nocy, to będą to zawdzięczać opatrzności boskiej.
- I vice versa, profesorku – odpowiedziała szeptem, po czym kolejny raz dał jej zaznać cudownego smaku swojego języka, a jakby dla potwierdzenia jakiejś racji znanej  tylko jemu, długim ruchem otarł się o nią swoją męskością, co oboje skomentowali głuchym jękiem, tonącym w ich ustach.
Ale to było za mało.
Oh, jak bardzo za mało.
Kiedy, z pomocą zwinnych, silnych dłoni William’a, Marie owinęła swoje nogi wokół jego talii, zaczęła przeklinać materiał ich ubrań za to, że nie pozwalał jej go poczuć.
Musiała powiedzieć to głośno, bo wyczuła uśmiech na jego ustach pod swoimi wargami.
- Poczujesz mnie, mi dulce, poczujesz mnie tak mocno i tak głęboko, że wciąż będziesz mnie czuć, gdy już stąd wyjdę.
Ooo.
Ok, podobał jej się ten plan.
Poczuła pod plecami miękkość pościeli (kiedy, do cholery,  ruszyli się spod ściany?), a za chwilę jego ręce zręcznie pomagały jej się pozbyć części garderoby, tak, że leżała w samych majteczkach, z nogami rozrzuconymi na boki i pozwalała mu patrzeć na siebie w sposób, w jaki ona patrzyła na szpilki Jimmy’ego Choo. I chociaż czuła, jak bardzo gorące jest jej ciało i jak płoną jej policzki, nie była zażenowana ani onieśmielona. Wręcz przeciwnie, pod dotykiem jego spojrzenia czuła się jak dzieło sztuki.
I niech ją cholera i dziewięć kręgów piekła, jeśli to nie było najlepsze uczucie na Ziemi.
Kiedy William przestał dotykać ją wzrokiem, a zaczął ustami, jedyną zabłąkaną myślą, jaka kołatała się w jej głowie, było „więcej”. Więcej rąk. Więcej ust. Więcej czułych słówek szeptanych tuż przy jej nagiej skórze. Więcej William’a.
Więcejwięcejwięcej.
Jęknęła, a jej plecy wygięły się w łuk, kiedy chwycił w zęby jej sutek. Trochę zabolało, ale po chwili zęby zostały zastąpione przez język i ból stał się o tyle gorszy, że przestał mieć podłoże fizyczne.  No, chyba, że można opisać pożądanie jako ból fizyczny i …
- Oh!
Jej ciało zadrgało, gdy przeszedł przez nie orgazm, wywołany przez chłodne dmuchnięcie na jej mokre od śliny i wrażliwe piersi.
Podpierając się na dłoniach po obu stronach jej głowy, William zawisł z twarzą oddzieloną od jej o oddech. Jego boskie, grzeszne usta wyginął uśmiech sfinksa.
- Kto by pomyślał, że Twoje ciało, w przeciwieństwie do umysłu, odda mi się tak szybko.
Jej krew zagotowała się gniewem. Jak on śmie, do cholery, najpierw doprowadzać ją do orgazmu, a potem jej to wypominać?!
Położyła dłonie na jego klatce piersiowej i z zaciśniętymi ustami starała się go od siebie odepchnąć.
Tsaa, szkoda tylko, że nie chodziła na siłownię.  Od, powiedzmy, 5 lat. Wtedy, gdyby go popchnęła, może by drgnął. Teraz zyskała jedynie kolejny dowód na siłę jego mięśni i zarobiła kolejny irytujący uśmieszek, zanim opuściła się na rękach, nakrywając jej ciało swoim i przesuwając ustami wzdłuż kości jej szczęki, aż do pulsu wyczuwalnego za uchem. Przymknęła oczy, gdy pogładził to miejsce językiem.
- Queridisima, to, że mi się oddałaś, to było najlepsze uczucie w moim pieprzonym życiu.
Przygryzła wargę, żeby nie westchnąć i nie zdradzić, jak bardzo spodobały jej się te słowa.
- Wciąż Cię nie lubię.
Wiedziała, że się uśmiechnął, kiedy chwycił w zęby jej ucho.
- Wkrótce pokochasz – szepnął tak cicho, że ledwie go usłyszała, a potem zamknął jej usta w swoim, nie pozwalając jej odpowiedzieć i dając jej najbardziej namiętny pocałunek, na jaki stać człowieka. Przyciągała go bliżej do siebie, trzymając dłonie na jego szerokich plecach, chcąc czuć go w swoich ustach mocniej, głębiej, dłużej, ale…
Szarpnęła jego sweter.
- Zdejmuj to. – warknęła. Bo chociaż wełna kardiganu przyjemnie ocierała się o wzgórza jej piersi, a granatowy pięknie podkreślał kolor jego oczu, teraz miała to gdzieś, a ostatnim czego chciała od tego ubrania, to żeby wciąż opinał ciało William’a.
- Rozkaz, Proszę Pani – zaśmiał się, słysząc ton jej głosu, po czym odchylił się na kolanach i płynnym ruchem ściągnął z siebie najpierw sweter, a potem T-shirt i… o Adonisie, Apollu i wszyscy inni bogowie piękna – jesteście zwolnieni.
Była fotografem ( co prawda początkującym, ale jednak ), a poza tym wielką entuzjastką sztuki, więc widziała tysiące, jeśli nie miliony rozebranych facetów na różnego rodzaju zdjęciach czy obrazek, ale, niech Bóg ma ją w opiece, nigdy wcześniej nie czuła się tak, jakby ujrzała kawałek nieba. Najwidoczniej Gwiazdka tego roku odbędzie się 3 miesiące wcześniej.
William natomiast najwidoczniej stwierdził, że za długo przebywał w zbyt dużej odległości od niej, bo ponownie ułożył się wzdłuż jej ciała, a ona, dzięki pomocy Niebios ( lub Piekieł ), mogła rozkoszować się dotykiem jego skóry.
- O czy myślisz?
- O tym, że chcę, żebyś był moim prezentem gwiazdkowym.
Znów się roześmiał, wprawiając w drżenie również jej ciało. Kto by pomyślał, że jest taka zabawna?
Grr. Nie chciała być zabawna.
Chciała dostać swój prezent i się nim pobawić.
- Uważasz, że to śmieszne?
- Uważam, że to urocze – skwitował tą uwagę cmoknięciem w nos. Uniosła brew, powstrzymując się przed uśmiechem.
- Więc zgadzasz się?
- Mógłbym być Twoim prezentem na Gwiazdkę, Wielkanoc, urodziny, imieniny, Walentynki, Dzień Kobiet, Dzień Rolnika, Piekarza, Młynarza, Pierwszy Dzień Wiosny, Lata, Jesieni i Zimy, mi linda i to byłoby coś, na co nigdy bym nie narzekał.
Wow.
Nie dość, ze wreszcie udało mu się powiedzieć coś mądrego, to jeszcze była to najbardziej romantyczna rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała w swoim życiu. A nawet nie byli ze sobą w związku. Ten facet naprawdę przepali wszystkie jej zastrzeżenia. Musiała przełknąć ślinę, zanim odpowiedziała.
- Więc… Co powiesz na to, żebym… obejrzała sobie mój podarunek?
- Co tylko chcesz.
Nie miał pojęcia, na co się zgodził.
Jednym ruchem przewrócił się na plecy, zabierając ją ze sobą, tak, że siedziała na nim okrakiem z całym widokiem dolin i pagórków jego mięśni brzucha przed sobą.
Najpierw przesunęła po nich opuszkami palców, a następnie schyliła głowę i kontynuowała tę wędrówkę językiem. Jej długie włosy tworzyły wokół jej twarzy grubą kotarę.  Opierając dłonie na jego bicepsach, tricepsach czy innych cepsach, zaczęła ocierać się sutkami o jego tors. Przesunęła językiem po jego szyi, od miejscu złączenia obojczyków aż po brodę, czując pieszczotę jego zarostu na wargach. Na zmianę lizała, przygryzała i ssała, aż w jednym punkcie pojawiło się małe, intensywnie czerwone kółeczko. Zrobiła mu malinkę.
Ups.
Ok, tak naprawdę, to wcale się tym nie przejęła. On, sądząc po sposobie, w jaki ściskał jej biodra i pupę, też nie.
Ale jej posiadający własną wolę język wciąż chciał więcej, wciąż…
Ooo.
Jej język właśnie przesłał informacją do jej mózgu, co chciałby zrobić.
I jej mózgowi spodobała się ta informacja. Nawet bardzo. Tylko… Czy może to zrobić? Czy potrafi? „Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa” – pomyślała, biorąc głęboki wdech, zanim straciłaby odwagę, drugi raz tej nocy dotknęła go przez materiał spodni i lekko nacisnęła, co wywołało oczekiwany przez nią jęk, wydobywający się z mężczyzny zdanego na jej łaskę. Zerknęła szybko na jego twarz, przymknięte oczy i zaciśnięte usta, po czym przeniosła się między jego nogi i sprawnie rozpięła mu pasek, guzik…
- Co robisz?
Rozsunęła rozporek i dopiero wtedy zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Wyglądał na lekko zszokowanego jej zachowaniem, ale jeśli miała być szczera ze sobą, to też była zszokowana. Te 3 razy, kiedy uprawiła seks, to były zwykłe, proste stosunki na linii penis-pochwa.
Chciała złamać ten ciąg z William’em.
- Oglądam mój prezent. Zamierzasz mi przerwać?
„Błagam, powiedz «nie», powiedz «nie».”
Jego oczy skrzyły się jak niebo odbite w morzu, kiedy pokręcił głową. Tak! Miała ochotę odtańczyć taniec radości, ale to oznaczałoby opuszczenie tego miejsca między jego nogami, więc zrezygnowała.
W zamian skupiła się na tym, by jakoś zsunąć mu spodnie z tyłka i chociaż jej pomógł, to nie było łatwe zadanie. W końcu jednak leżał pod nią w samych bokserkach. I skarpetkach. Bez zastanowienia, skarpetki też mu ściągnęła. Teraz był już o dwa kroki od stanu, w jakim chciała go zobaczyć.
Krok pierwszy.
Sunąc po bokach jego ud, jej palce w końcu zaczepiły się o białą gumkę, na której widniał napis „Calvin Klein”. Wahała się tylko sekundę, po czym jego bokserki wylądowały… gdzieś. Usłyszała jego sapnięcie.
- Maria, jeśli będziesz tak na mnie patrzeć, dojdę zanim mnie dotkniesz.
Ooo.
Poczuła euforię władzy.
Tymczasem przyszedł czas na krok drugi.
Zaskakująco pewnym ruchem objęła go dłonią, po czym leciutko musnęła jego czubek językiem. Poczuła moment, w którym mięśnie w jego ciele się napięły i zaryzykowała szybkie spojrzenie na jego twarz, zanim jej usta zamknęły się wokół niego.
Zaczęła poruszać dłonią, najpierw lekko, potem coraz mocniej, podczas gdy jej język zataczał wolne koła wokół jego delikatnej skóry. Po kilkunastu sekundach usłyszała jego głośny, przyspieszony oddech i zdecydowała się na coś, czego w ogóle nie przemyślała. Odsłaniając zęby, do tej pory zakryte wargami, przejechała nimi po jego członku i lekko ścisnęła tuż przed żołędzią.
Więcej nie mógł wytrzymać i ze zduszonym przekleństwem wypuścił do jej ust ciepłe nasienie, które automatycznie połknęła, nie mając nawet czasu zapamiętać jego smaku. Gdy tylko oderwała od niego usta, pociągnął ją w górę po swoim ciele i pocałował, gwałtownie i mocno.
-Jesteś najbardziej pieprzenie idealną kobietą z jaką byłem –wymruczał w jej usta, po czym znów ją pocałował.
„Doprawdy, dopiero teraz na to wpadłeś?” – pomyślała ironicznie, ale jego słowa doprowadziły ją do stanu przedorgazmowego.
Nie przerywając pocałunku, William przetoczył się na nią, jakby oznajmiając koniec jej panowania. Ale oddała mu koronę bez żalu. Nagle usłyszała dźwięk rozrywanego materiału, a jej majtki w kawałkach wylądowały na podłodze.
Hej! Oddała mu koronę, nie koronkę.
- Lubiłam je – mruknęła na tyle głośno, na ile mogła spod jego zachłannych ust.
- Kupię Ci nowe – powiedział, sięgając po swoje jeansy, które leżały zawieszone na lampce na szafce nocnej. Wyciągnął z kieszeni foliowy kwadracik, który rozerwał zębami i naciągnął gumowy krążek na swojego penisa.  Jedną rękę. Wow, to się nazywa mieć wprawę. Poruszyła się lekko, kiedy ułożył się między jej nogami.
Czuła, jak muska koniuszkiem jej gorące wejście.
- Uwielbiam Cię – szepnął i pchnął biodrami, wypełniając ją tak bardzo, że myślała, ze rozerwie się pod naporem jego twardego ciała. Kiedy jednak zastygł na sekundę w bezruchu, jęknęła bezwiednie i uniosła biodra, błagając, by się ruszył. Więc to zrobił.
Długimi, posuwistymi ruchami wchodził w nią, to znów się cofał, wychodząc prawie do końca, a potem znów wracając. Odnalazł jej usta i jego język penetrował ją w rytmie pchnięć, aż w końcu zaczęła się wić, przyciskając się do jego seksownego, spoconego ciała tak bardzo, jak tylko mogła.
Wiedział, co to znaczy i wiedział, co z tym zrobić.
Chwycił ją mocno za biodra i uniósł, a sam odchylił się do tyłu, przysiadając na zgiętych nogach, po czym znów zaczął się poruszać: góra, przód, dół, góra, przód, dół, za każdym razem naciskając na jej punkt G.  A to było już za wiele dla jej biednego, rozgorączkowanego ciała i doszła, mocno i długo, zaciskając się wokół niego i prowadząc go na szczyt.
Trwali tak przez chwilę, upajając się słodkim uczuciem orgazmu wybrzmiewającym jeszcze w ich wnętrzach, po czym wysunął się z niej, ściągnął prezerwatywę, które wylądowała na podłodze przy łóżku i przyciągnął ją do siebie, tuląc w swoich potężnych ramionach. Poczuła jego pocałunek we włosach i usłyszała, jak wciąga jej zapach, kiedy, leżąc na boku, przerzuciła rękę przez jego brzuch. Przez chwilę zmagała się ze sobą, żeby wreszcie wydusić z siebie słowo, bo wciąż była naćpana esencją seksu wirującą w powietrzu.
- Oficjalnie ogłaszam, że nadajesz się na mój prezent na każdą okazję.
Zaśmiał się cicho, a ona, przy tym akompaniamencie zapadła w sen pełen William’ów owiniętych w czerwone, prezentowe kokardy.




Copyright © Noctia „Nox” Suavis.

piątek, 24 stycznia 2014

octo #

Wiem, że wiele osób będzie chciało mnie zabić za tą końcówkę, ale... Cóż, najwidoczniej na starość robi się ze mnie sadystka :)
A w ogóle, to w końcu wpadłam na odpowiedni tytuł. Tak więc dziś, premierowo, zapraszam na kolejną część historii "Undressed".
+ Pisząc tą część w tle grała mi jedna piosenka:
ferme les yeux
et... 

http://www.youtube.com/watch?v=a2_ss9y-VjE


"UNDRESSED" PART    IV


Minęło około pół godziny, odkąd Marie opuściła klub i weszła do swojego mieszkania, starając się skupiać jedynie na tak mechanicznych czynnościach, jak chodzenie. I może oddychanie.
 Tam do diabła, z tym ostatnim też miała problem, odkąd niecałe dwie godziny temu jej sadystyczny wykładowca zostawił ją z miękkimi kolanami i rozgotowanymi szarymi komórkami. To, że po tym wszystkim dała radę dostać się do domu było nie lada wyczynem.
 Z głębokim postanowieniem zaprzestania katowania siebie ( ok, nawet jej ciężko było uwierzyć w to kłamstwo..) wyobrażeniami o Williamie ( o Boże! zaczyna nazywać go po imieniu w myślach!) i tej jego gdy-w-Ciebie-wejdę gadce, skierowała się do łazienki, by zmyć z siebie trudy dnia.
 Stojąc pod gorącym strumieniem wody, jej ciało wreszcie się rozluźniło, a myśli zamglił ciężki, słodki zapach waniliowego płynu do kąpieli. Poczuła się na tyle odprężona, że zaczęła nawet nucić pod nosem piosenkę zasłyszaną w klubie.
 Jej mini koncert został jednak przerwany głośnym dźwiękiem "Wanted dead or alive" dochodzącym z jej komórki i oznajmiającym połączenie.
 " Kto, do cholery, dzwoni o tej porze?" - pomyślała, skołowana i wkurzona, że ktoś bezczelnie przerywa jej chwile relaksu.
 Wyszła szybko spod prysznica, nie zważając na wodę skapującą z całego jej ciała i z długich, czekoladowo-brązowych włosów.
 Chwyciła telefon, chwilę wahając się przed naciśnięciem zielonej słuchawki, ponieważ napis na ekranie głosił: "numer zastrzeżony". A co, jeśli to jakiś zboczeniec z klubu dostał jej numer i będzie ją prześladował? Słyszała już wiele takich historii, zbyt wiele... W końcu jednak ciekawość Lawson'ów zwyciężyła. Szybko wcisnęła klawisz.
 - Halo?
 - Queridisima. A już myślałem, że nie odbierzesz.
 "Oh." - uspokoiła się. - " W porządku. To tylko mój zboczeniec."
 Hej, zaraz.
 Nie w porządku.
 Nie "mój zboczeniec".
 - Panie... William? - zapytała, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dalszym tytułowaniem go per "pan". Chyba nie chciała go wkurzać, ale schowała to w czeluściach podświadomości.
 - No doprawdy, Maria, jestem gotów pomyśleć, że tak wielu mężczyzn miało do Ciebie zadzwonić, że o mnie zapomniałaś. To źle wpływa na moje ego.
 "Jakby Twoje ego nie było dość wielkie" - przemknęło jej przez myśl. Zamiast tego powiedziała jednak:
 - Nie...To znaczy, nie, nie zapomniałam. Chodzi o to, że miałeś zadzwonić...
 Jutro. Plasnęła się otwartą dłonią w czoło. Powiedział to dzisiejszej nocy, ale przed północą. Teraz zegar wskazywał pewnie coś około 1:00.
 - Nie spodziewałaś się, że odezwę się tak szybko?
 - Szczerze mówiąc, to nie.
 - Nie należę do ludzi cierpliwych.
 - Zauważyłam - mruknęła gorzko, na co odpowiedział jej śmiechem.
 - Ciesz się, że wytrzymałem aż tyle. Chciałem zadzwonić minutę po północy, ale stwierdziłem, że pewnie będziesz wracać do domu i nie chciałem się narzucać.
 - Jakiś Ty uprzejmy...- zwracanie się do niego na "Ty" miało plusy, jak właśnie zauważyła. Wygodniej z kogoś drwić, jeśli nie trzeba sobie ciągle przypominać, że stoi wyżej w drabinie społecznej niż Ty. - Ale miałeś rację, dopiero weszłam do domu.
 - Oh. I co teraz robisz?
 Zerknęła na siebie w lustrze. Jej otoczone parą ciało wciąż było mokre, tak jak włosy, a policzki miała zarumienione od gorącej wody. W każdym bądź razie wmawiała sobie, że to od wody.  Powachlowała się energicznie otwartą dłonią, bo nagle zrobiło jej się duszno.
- Em… Jestem.. um, byłam w trakcie prysznica, kiedy zadzwoniłeś.
Wyrzuciła to z siebie jednym tchem.
Nie wiedziała, czemu powiedzenie mu tego było takie trudne.
- Chcesz powiedzieć, że w trakcie tej rozmowy jesteś naga i mokra?
Ok, wiedziała, czemu powiedzenie mu tego było takie trudne.
-Tak? – szepnęła, nie wiedząc czemu nadając słowu intonację pytania.
Usłyszała, jak zaszumiał jego oddech, gdy zbierał się do odpowiedzi.
- Nie wiem, czy uważać Cię za szczęściarza, że rozmawiam z Tobą, gdy jesteś w takim stanie, czy za jeszcze bardziej cholernego pechowca, że mnie tam nie ma.
U-oh.
Ona też nie wiedziała. Kiedy jednak jej dłoń mimowolnie skierowała się od linii obojczyka, sunąc przez piersi i brzuch, a następnie muskając biodra, w jej ustach odpowiedź uformowała się sama.
- Stawiałabym na pechowca.
Oczekiwała natychmiastowej riposty, komentującej jej śmiałe sugestie, usłyszała jednak dźwięk rozbijanego szkła, głuchy odgłos uderzenia i stłumione przekleństwo w obcym języku. Błyskawicznie stała się czujna.
- William? Wszystko w porządku?
- Tak, tak, ja tylko… Ok, rozlałem na siebie drinka, rozciąłem wargę o szklankę, która wypadła mi z ręki, a gdy chciałem ją złapać, uderzyłem o kant stolika.
Mimo, że zabrzmiało to trochę drastycznie, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Chichotała jak wariatka.
- Ja tu wyglądam i czuję się jak siedem nieszczęść, a Ty się śmiejesz? – zapytał oburzonym głosem, ale wiedziała, ze tylko udawał. Mogła sobie wyobrazić, jak zaciska te swoje piękne usta w obronie przed uśmiechem.
- Wiesz, to jest trochę zabawne, że teraz Ty też jesteś mokry… przeze mnie – wydusiła z siebie i znów zachichotała cicho.
- Nie muszę się niczym oblewać, żeby być przez Ciebie mokry, mi linda.
Natychmiast przestała chichotać. Jak to się działo, że zdumiewał ją tak często, pojedynczym słowem, gestem? Powinna się już przyzwyczaić , ale z drugiej strony, nie wiedziała o nim więcej niż cztery dni wcześniej.
Zaraz, zaraz… Środa była tylko cztery dni temu? Wydawała się być oddalona o lata świetlne.
- Maria?
- Tak?
- Zaniemówiłaś?
- Troszeczkę.
Z słuchawki dobiegł śmiech.  Brzmiał pięknie, nisko i głęboko, jak najniższe dźwięki gitary.
- Wybacz, jeśli Cię zszokowałem.
- Nie, nie, to tylko.. Nie chodzi… Oh, już sama nie wiem, o co chodzi.
W jej głosie musiało być coś niepokojącego, bo zareagował natychmiast.
- Dlaczego nie wiesz o co chodzi? Co się stało?
Zwlekała z odpowiedzią, co oczywiście nie spodobało się Panu Niecierpliwemu.
- Maria, mów do mnie.
Zanim zdołała cokolwiek wyartykułować, po raz kolejny spojrzała na swoje odbicie. Tym razem nie wyglądała na tak rozgrzaną, jak poprzednio. Wręcz przeciwnie, kolory odpłynęły jej z twarzy, a prawie czarne tęczówki patrzyły niepewnie. Na rękach poczuła gęsią skórkę, bynajmniej nie spowodowaną chłodem.
- W ogóle się nie znamy, William. Spotkaliśmy się niecały tydzień temu na uczelni, a już chcemy porzucić relacje naukowe na rzecz sama nie wiem czego, a to nie jest to, co zwykle robię. Serio.  Znam przystojnych facetów i znam przystojnych facetów, którzy są lub byli mną zainteresowani. Ale żaden z nich nie jest jak Ty, myślenie o żadnym z nich nie sprawia, że jestem… jestem taka…
- Jaka?
- Podniecona. I pełna obaw. Boję się wszystkiego, co mogłoby być  związane z Tobą, z nami razem – przestąpiła z nogi na nogę. – Widzisz? Jestem kretynką, skoro samo wyobrażanie sobie Ciebie i tego, co mógłbyś robić doprowadza mnie do… obłędu. – Albo innego słowa na „o”, ale tego już nie dodała. Wystarczająco skompromitowała się swoim niedojrzałym i niepewnym podejściem do, hmm, stosunków, które mogłyby ich łączyć. Teraz tylko czekała na werdykt. Spodziewała się czegoś w stylu „Pomyliłem się co do Ciebie” albo „Poszukam kogoś lepszego”.
- Będę u Ciebie za 15 minut.
Ooo.
Ok, tego się w ogóle nie spodziewała.
- Co proszę?
- Słyszałaś. Będę tam za kwadrans. Bądź gotowa.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozłączył się. Spojrzała na telefon tak, jak się patrzy na kanapkę znalezioną w torbie po 2 tygodniach.
„Będę za 15 minut, bądź gotowa.” – Gotowa? Ale na co? „Będę za 15 minut…”
15 minut.
Cholera.
15 minut.
Podskoczyła jak oparzona, po czym jednocześnie zaczęła się wycierać, szukać suszarki do włosów i myć zęby. Nie mogła mu się przecież pokazać, jak stała. Dzięki Bogu, że przez nawyk zbyt późnego wstawania stała się mistrzynią błyskawicznego doprowadzania się do poziomu: człowiek.
Kiedy wreszcie, skończywszy ze sobą, stanęła przed lustrem, jej włosy układały się w naturalne fale, rzęsy, pociągnięte tuszem, rzucały dzień na samoistnie zaróżowione policzki, czarna bokserka opinała piersi (całkowicie przypadkowo nie osłonięte stanikiem), a sportowe, szare szorty kontrastowały z jej ciemną karnacją. Chciała sprawiać wrażenie wyluzowanej i zadowolonej, ale kogo chciała oszukać. Nie była ani wyluzowana, ani zadowolona. Chociaż serce biło jej troszkę za szybko jak na samo zdenerwowanie.
Zerknęła na zegarek.
Teoretycznie zostało jeszcze 2 minuty do jego przyjazdu, ale przecież mógł się spóźnić. Utknąć w korku. Mieć wypadek. Zrezygnować…
Podskoczyła na dźwięk dzwonka do drzwi. Przez chwilę stała nieruchomo, ale gdy sygnał się powtórzył, wyszła wolnym krokiem z łazienki i, jak skazaniec idący na egzekucję, przeszła przez krótki  korytarz i zwolniła zamek w drzwiach. Nie nacisnęła klamki. On to zrobił.
Zrobiła krok w tył, gdy pojawił się w przejściu. I nagle, wręcz fizycznie poczuła, jak znika jej strach. Bo jak można się bać mężczyzny o oczach anioła?
Widząc go na uczelni czy w klubie, nie zwracała uwagi na to, jak wiele miejsca zajmuje jego wysoka sylwetka, wspierana przez onieśmielającą aurę mężczyzny, jednak w jej małym mieszkaniu nagle zabrakło przestrzeni.
Nie odrywał wzroku od jej twarzy. Chciała coś powiedzieć, ale nie po raz pierwszy w jego obecności zabrakło jej języka w buzi. Tym razem było o tyle inaczej, że niebyła osamotniona, bo jedynym słowem, jakie wyszeptał William było: „Linda”.  A potem, zatrzasnąwszy drzwi nogą, w dwóch szybkich krokach zniwelował dzielącą ich odległość i sięgnął do niej, jedną ręką łapiąc ją za biodro, drugą zaś wsuwając we włosy, i przyciągnął do siebie, tak, że jednym wyjściem Rie było chwycenie się jego mocnego ciała, zanim jego usta opadły na jej.
Nie był to jednak typowy, poznawczy pierwszy pocałunek, wolny i niezręczny. Nie z takim mężczyzną jak William.
Jego wargi od razu natarły na jej, głębokimi, posuwistymi ruchami próbując ją nakłonić na pozwolenie wtargnięcia do środka. Pozwoliła na to, bo nie miałaby siły zrobić nic innego, ale to nie tak, że żałowała. Nie, gdy jego giętki język tańczył w jej ustach zmysłowe tango, zapierając jej dech w piersiach. W końcu nie wytrzymała jednak tej bierność i podczas jednego z jego krótkich wycofań, chwyciła zębami jego dolną wargę w miejscu, gdzie czuła małe zgrubienie, powstałe w wyniku zderzenia ze szklanką, jak się domyślała.  Ten spontaniczny ruch wywołał u niego niski jęk, który usmażył resztę szarych komórek, jakie do tej pory uchowały się w jej mózgu.
Chociaż to była ostatnia rzecz jakiej chciała, po chwili William odsunął się od niej na kilka centymetrów. Jednak równie dobrze mogłaby to być szerokość kanału La Manche.
Dopiero teraz poczuła, że jedna z jego dłoni zawędrowała na jej pupę, a drugą chwycił jej włosy tak mocno, że pewnie część wyrwał. Ona jednak nie pozostała mu dłużna, ciągnąć jego biodra do siebie za elegancki, skórzany pas i plątając palce w przydługich, kruczoczarnych kosmykach.
Żadne z nich nie wydawało się mieć ochoty na zmianę pozycji, kiedy uspokajali oddechy po powitalnym zaje-ultra-bistym pocałunku. Kiedy jednak cisza zaczęła się przedłużać, Rie  postanowiła się odezwać.
- Jesteś lepszy niż w moich wyobrażeniach, a nie sądziłam, że to możliwe, bo jak chcę, to potrafię być cholernie kreatywna.
Uśmiechnął się, a stojąc tak blisko, mogła dostrzec dołeczek w jego lewym policzku, gdy to zrobił. „O Boże, ten facet nie może być bardziej idealny” – pomyślała w swoim przymuleniu.
- Cieszę się, że podołałem.
- Ja też. Inaczej znalazłbyś się za drzwiami.
Uniósł brwi, jakby go to oburzyło, ale usta ciągle wyginał mu uśmiech. Musiała odpowiedzieć mu tym samym, walcząc z pokusą, by nie polizać jego policzka w miejscu, gdzie robiło mu się wgłębienie.
- Oh, mam się bać?
- Każdy przy zdrowych zmysłach by się wystraszył, zrezygnował. A Ty przyjechałeś.
Jego oczy momentalnie ściemniały, gdy zrozumiał, do czego nawiązuje.
- Naprawdę nie rozumiem, czego się boisz, Maria. Powstrzymuje Cię tylko to, że znamy się tak krótko?
Nie mogąc znieść jego spojrzenia, posyłanego spod zmarszczonych brwi, wyplątała się z jego objęć i ruszyła w stronę małego salonu. Wiedziała, ze pójdzie za nią. Stając tak, że oddzielała ich sofa, ponownie spojrzała na niego. Na mężczyznę, którego naprawdę pragnęła, desperacko i trochę bezmyślnie. Wypuściła oddech i zacisnęła pięści, jakby przygotowywała się do walki. Co w sumie nie było dalekie od prawy.
- Nigdy nie.. zbliżyłam się z nikim, z kim nie byłam w związku. A tym bardziej z kimś prawie nieznajomym. A już na pewno nie z kimś, kto jest moim profesorem! – nie zwróciła uwagi, jak w jego szczęce zadrgał mięsień, gdy zacisnął zęby słysząc to. – I mimo, że Cię pragnę, to po prostu nie widzę sposobu, w jaki by to miało zadziałać. – No i proszę, powróciły wszystkie jej obawy, w całej swej wątpliwej chwale. – No, chyba, że chodzi Ci o jednorazową przygodę, do której mamy dziś odpowiednie warunki – dorzuciła na wydechu, z nutą goryczy w głosie i zwilżyła językiem wargi, które wyschły w czasie tego monologu. Przez chwilę żadne z nich znów się nie odzywało.
„No serio, milcząca z nas parka” – pomyślała Rie cynicznie. Tym razem to nie ona była tą, która przerwała ciszę.
- Co mam zrobić?
Szczęka troszkę jej opadła.
- Ale…
- Żadnych „ale”, Maria. Powiedz mi, co mam zrobić, żebyś dała mi jakąkolwiek szansę? Odejść z uczelni? Zabrać Cię na randkę? Oświadczyć się?
Ooo.
Pan Zaskakujący powrócił i chociaż był ironiczny, to najwidoczniej nie zależało mu na jednonocnej rozrywce. Wyglądał jednak przy tym jak dziecko, które nie dostało obiecanego cukierka.
-William, tu nie chodzi o Ciebie…
- Marie, nie pieprz mi tutaj, że mnie chodzi o mnie, tylko o Ciebie, bo musi chodzić o mnie, skoro mnie nie chcesz, do cholery.
No, świetna robota. Najpierw go zdołować, potem wkurzyć. Winszuję. W duchu pogratulowała sobie głupoty. Głupoty, przez którą nazwał ją „Marie”. A to był William.
On nigdy nie nazywał jej „Marie”.
To jedno małe słowo zdecydowało za nią.
Bo naprawdę chciała być osobą wartą tak namiętnej atencji.
Oto przykład na to, co facet potrafi zrobić z kobietą odpowiednim słowem i spojrzeniem.
„Może jednak słusznie zostałyśmy nazwane słabą płcią” – przemknęło jej przez myśl.
Ale mimo to, w chwili, gdy okrążała kanapę, nie czuła się słaba. Czuła przypływ wręcz heroicznej siły.
Stanęła przed nim, zadzierając głowę wysoko do góry, żeby móc spojrzeć w jego oczy. Te piękne, niesamowite, błękitno-lazurowe tęczówki, które już pierwszego dnia rzuciły na nią urok.
Nie zmieniając pozycji chwyciła jego rękę w swoją, po czym poprowadziła ją od szyi, przez dolinę między piersiami, brzuch, aż do paska szortów. To nie był jednak koniec wędrówki. Wsunęła jego dłoń dalej, pod spodenki, a potem, gdy oboje wyczuli pod palcami koronkę jej majtek, tę przeszkodę również pokonali. W jego oczach dostrzegła błysk zrozumienia, pozwolił jej jednak kontynuować. I dobrze, bo nie była pewna, czy potrafiłaby się teraz zatrzymać, nie, gdy jego palce, musnąwszy jej delikatną skórę, zatrzymały się przy jej wejściu. Tu nie musiała mu już pomagać. Wyciągnęła swoją dłoń, podczas gdy on delikatnie wsunął w nią opuszek palca, na którym od razu zebrała się wilgoć jej podniecenia.
- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że to wystarczający dowód na to, jak bardzo Cię chcę – powiedziała, parafrazując jego wcześniejsze słowa. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast słów z jej ust wydobyło się ciche sapnięcie, kiedy nie tylko końcówka, ale cały jego długi palec znalazł się w niej. Przysuwając się do niej i pochylając głowę, między mieszkającymi się oddechami, William zdołał powiedzieć tylko:
- Jak mógłbym z Tobą polemizować…
Po czym jego język znów wtargnął do jej ust, wymiatając ze świadomości wszystkie błahe powody, przez które mogłaby powiedzieć „nie”.




 Copyright © N. Nox Suavis.