Pierwsza część shortmance'u, który najprawdopodobniej będzie się składał z 2 albo 3 części. Dziękuję wszystkim, z którymi kiedykolwiek gadałam o fotografii, zwłaszcza K., no bo kto inny potrafiłby ze mną tyle mówić o aktach :)
Enjoy.
P A R T I
"UNDRESSED"
"Co, do kurwy...?!"
To była pierwsza w miarę logiczna myśl, która pojawiła się w umyśle Marie Lawson pewnego pochmurnego, październikowego dnia o godz. 7:00. A wywołało ją nic innego, jak dźwięk alarmu w jej telefonie. Już miała wykląć to głupie urządzenie, gdy zobaczyła podpis budzika: foto-zajęcia. Oczy prawie wyszły jej na wierch, po czym skopała z siebie kołdrę i zaczęła biegać jak oparzona po mieszkaniu. Zupełnie zapomniała, że dziś zaczynają się jej dodatkowe zajęcia fotograficzne. Fotografia nie była kierunkiem jej studiów (było nim dziennikarstwo), nie mniej jednak od zawsze było to jej pasją. Pasją, o której zapomniała. Skleroza była chyba jej siostrą bliźniaczką. Doprowadziła się do najlepszego wyglądu, do jakiego była w stanie w ciągu 3 minut, zawiesiła swój aparat na szyi, chwyciła torbę w dłoń, porywając po drodze szalik i już była za drzwiami. Te jednak, już po chwili otworzyły się z hukiem, a Rie, z miną wyrażającą zdegustowanie własną głupotą, zagarnęła kluczyki od samochodu z szafki w hallu i ponownie wyszła, tym razem uzbrojona we wszystkie rzeczy niezbędne do przeżycia dnia.
* * *
- Hej, Mała!
Marie wywróciła oczami.
- Cześć, Max. Mówiłam Ci, żebyś skończył z tą "małą".
- Tak, tak, Mała, przepraszam.
Głębokie westchnienie uniosło piersi dziewczyny. Chociaż wciąż szła, nie odwracając głowy, wiedziała, że blondyn będzie za nią podążał aż do klasy, w której miała zajęcia. Robił to od około 10 miesięcy, czyli od czasu, kiedy w trakcie ich pierwszego roku przeniósł się na tą uczelnię. Nie docierało do niego nic, co mogłoby go przekonać do zaprzestania tych przebieżek, więc Rie w końcu zrezygnowała z tłumaczenia mu tego. Za każdym razem na jego "Cześć, Mała!", przyspieszała kroku.
- Słyszałaś, ze Carson z czwartego roku robi w ten piątek imprezę?
- Serio? - była to naprawdę najgrzeczniejsza odpowiedź, na jaką było ją stać. No bo ile razy słyszała już zaproszenie na którąś z imprez od Maxa i ile razy odmawiała pójścia na nie? Po 20 takich przypadkach przestała liczyć.
- No. I tak sobie myślałem...
Nie miała ochoty znów tego słuchać. Stanęła i odwróciła się twarzą do chłopaka. Wyraz bolesnej wręcz nadziei w jego piwnych oczach bynajmniej nie zrobił na niej wrażenia.
- Posłuchaj, Max. Nawet jeśli chciałabym iść, to w piątek pracuję do północy. Jeśli bym chciała, a nie chcę. Więc proszę, oszczędźmy sobie kolejną rozmowę pt. "Dlaczego nie?" - zerknęła szybko na zegarek na swojej komórce. - A teraz przepraszam, ale prawie 10 minut temu zaczęły się moje zajęcia, więc muszę lecieć. Na razie.
Nie czekała nawet na jego odpowiedź, nie chciała też widzieć naburmuszonego wyrazu na jego opalonej twarzy. Chciała po prostu dostać się już na te pieprzone zajęcia.
* * *
Od jakichś 30 minut, czyli od czasu, kiedy zajęła miejsce na samym końcu sali wykładowej, siedziała jak zaczarowana, z - była pewna - otwartą buzią. I jeszcze pewnie się śliniła. Albo, jak ta blondynka z prawej strony, pochylała się na łokciach na stoliku w stronę katedry. Powód był prosty.
On.
Jej nowy fotograf-wykładowca.
Rie była pewna, ze jedynie faceci uczestniczący w zajęciach (poza Chrisem, niesamowicie uroczym gejem) mogli się skupić na wykładzie o wpływie czegoś tam na coś tam, ponieważ ona, cała damska część i Chris była zbyt zafascynowana aparycją Pana W. Dunhill'a (a przynajmniej tabliczka na jego biurku mówiła, ze się tak nazywa; pewnie przedstawiał się na początku zajęć, ale jako, że Marie spóźniła się o całe 9 minut, została jedynie upomniana, by więcej się nie spóźniać i odprowadzona przez jastrzębi wzrok profesora do przedostatniego rzędu; te pierwsze były zajęte co do ostatniego miejsca przez studentki, zupełnie przypadkowo;).
Zasłona oszołomienia odsunęła się sprzed oczu Rie w momencie, gdy Dunhill zaczął mówić o ich pracach.
- Większość z Was dołączyła zdjęcia krajobrazów i martwej natury do prac początkowych, co właściwie mnie cieszy, ponieważ mogę stwierdzić, ze jesteście już świetnie zaznajomieni z tym tematem i zdjęcia ogólnie są na dobrym poziomie, poza drobnymi niuansami, ale nie o tym teraz chce mówić. Myślę, że w najbliższym czasie najlepiej byłoby zainteresować się tematyką człowieka w fotografii. Proszę więc, by każdy z Was na następne zajęcia przyniósł fotografię swojej ulubionej części ludzkiego ciała. Mam na myśli, to nie musi być część waszego ciała...- przerwał sobie krótkim śmiechem na żart, który tylko on znał. - Poproście przyjaciół, rodziców, chłopaka, dziewczynę, kogokolwiek, by byli Waszymi modelami i do roboty. Chcę tylko jednego zdjęcia od każdego z Was. - Omiótł wzrokiem salę, po czym jedna z jego brwi powędrowała wysoko na linii czoła. - To wszystko, możecie iść. Widzimy się w piątek.
Po tych słowach odwrócił się do biurka, zdejmując okulary i wrzucając jakieś papiery to teczki. Ludzie powoli zaczęli podnosić się z miejsc, rozmawiając z ożywieniem o tym, jakie zdjęcia chcą zrobić. Marie wyciągnęła komórkę, chcąc poprosić swoją przyjaciółkę, Claudię, by zgodziła się jej pozować. Właśnie dlatego zaczęły się przyjaźnić - jedna z nich wyrażała siebie przez robienie zdjęć, a druga przez pozowanie. Była w połowie pisania sms'a, gdy usłyszała swoje nazwisko. Podniosła głowę i jej wzrok spotkał się z niebieskimi tęczówkami wykładowcy. Chociaż może to nie był niebieski, tylko lazurowy. Albo nie! To był odcień lapis lazuli. Rie jeszcze nigdy nie widziała osoby z tak niebieskimi oczyma. Oczyma, które teraz wpatrywały się w nią wyczekująco.
- Słucham? - mruknęła. "Inteligentnie, nie ma co!" - szydziła z siebie w myślach.
- Pytałem, czy mogłabyś mi poświęcić chwilę.
- Oh! Oczywiście. - Zablokowała telefon z niedokończoną wiadomością i schowała go do kieszeni jeasnów, kierując się w stronę jego biurka. Przez chwilę przyszło jej na myśl, ze chce jej nawymyślać za spóźnienie, ale...
- Zastanawiałem się, czemu wszystkie Twoje zdjęcia są czarno-białe.
Oh.
- Oh - powtórzyła za zdziwionym głosem z jej głowy.
- Oh?
- Tak. To znaczy... Myślałam, że chce mnie Pan zganić za spóźnienie.
Na jego usta wpłynął drwiący uśmieszek.
- Już to zrobiłem, ale jeśli chcesz, mogę powtórzyć.
Gorąco wpłynęło na jej policzki. Na całe szczęście, że się nie rumieniła, bo wyglądałaby teraz jak burak.
- Nie, dziękuję. - "Dziękuję? Za co ja mu, do cholery, dziękuję? Przegrzałam sobie mózg".
- Czy w takim razie odpowiesz na moje pytanie?
- Kocham czarny, a ze nie mogę robić zdjęć całych w czerni, robię je czarno-białe.
- Ale w swoich pracach początkowych zamieściłaś prawie same zachody słońca.
- Wiem.
- Czy według Ciebie zachody słońca nie wyglądają lepiej w kolorach? Przecież to jest w nich właśnie najpiękniejsze.
Zmrużyła oczy.
- Dla mnie piękniejsza niż kolor jest świadomość, że słońce, choć znika z pola widzenia, wciąż tam jest i wróci, i znów będziemy mogli je podziwiać. W przeciwieństwie do ludzi. - Zagryzła wargę. Nie powinna dodawać ostatniego zdania, bo wyraz jego twarzy wyrażał zainteresowanie, a nie chciała, by się nią interesował. Naprawdę. Nie chciała. Chciała tylko mieć erotyczne sny z nim w roli głównej, ale w rzeczywistości niech się trzyma od niej z daleka. Chociaż, gdy zaczął w zamyśleniu gładzić swoją dolną wargę kciukiem, chciała go w tym zastąpić. I to najlepiej nie palcem, a ustami. A w ogóle to profesorowie powinni być starzy, grubi i siwi, myślała z wściekłością.
- Czy to znaczy, że temat, który Wam zadałem będzie dla Ciebie wyzwaniem?
- Zdjęcie części ciała człowieka?
Kiwnął potakująco głową.
- Nie. Zamierzam poprosić moją przyjaciółkę, by mi pozowała, a fotografowanie jej nigdy nie sprawiało mi kłopotów.
- A fotografowanie innych osób?
Znów przygryzła dolną wargę, co najwidoczniej było dla niego wystarczającą odpowiedzią, bo na jego ustach znów zagościł uśmiech,
- W takim razie chcę, żeby Twoje zdjęcie przedstawiało część ciała jakiegoś mężczyzny.
- Ale...
- Nie. Jeśli nie oddasz mi pracy, o którą proszę, nie przyjmę żadnej.
Teraz naprawdę się wkurzyła. Jakim prawem on jej mówił, co może, a czego nie może? Czy prawo profesora mu na to pozwalało? Była tak zdenerwowana, ze nie, nie pozwalało. Wtedy jednak zdała sobie sprawę z ciężaru naciskającego na jej brzuch. Aparat. Spojrzała na urządzenie jak na Zbawiciela, po czym niewiele myśląc uniosła go do twarzy, wycelowała obiektyw w jego opartą o biurko dłoń i wcisnęła przycisk. Mignęła lampa i zdjęcie wyświetliło się na ekraniku przed nią. Uśmiechnęła się, zadowolona.
- To nie będzie problem, panie profesorze - oznajmiła tonem słodkim jak trucizna, a jego usta w odpowiedzi uchyliły się trochę, jako jedyna oznaka zaskoczenia. Oh, naprawdę powinna przestać zwracać uwagę na jego pieprzone usta.
- Jeśli chciałaś, żebym był Twoim modelem, mogłaś poprosić, Ma-ria.
Teraz była jej kolej na okazanie zdziwienia. Nie mogła też nie zauważyć, jak wymówił jej imię z tym charakterystycznym hiszpańskim zaśpiewem. Jej cholernie kolana zmieniły się w galaretkę. Truskawkową. A mózg zmienił się chyba w kisiel, bo bez namysłu wypaliła:
- Jeśli będziemy mieli do zrobienia akty, to poproszę Pana o pozowanie, Panie Dunhill.
Zrozumiawszy, co powiedziała, zakryła sobie usta dłonią. Niech szlag trafi jej język. Jednak jej gest wywołał tylko wybuch śmiechu u mężczyzny, który wyszczerzył zęby, odchylając się na biurku.
- Myślałem, żeby akty zrobić dopiero w drugim semestrze, ale chyba muszę zmienić plany - wydusił w końcu głosem schrypniętym od śmiechu, co wywołało jeszcze większy przypływ gorąca w okolicach jej policzków.
- Przepraszam... - nie pozwolił jej skończyć.
- Nie przepraszaj. To będzie dla mnie zaszczyt.
Spojrzała na niego w nadziei, że zaraz powie, ze to żart, jednak jego oczy, choc przyjazne, patrzyły na nią poważnie.
- Nie mówi Pan poważnie.
- Ależ oczywiście, ze mówię.
- Ale Pan jest moim profesorem!
- Doprawdy miło, że zauważyłaś. Mogłaś jednak o tym pomyśleć zanim zaproponowałaś mi sesję.A teraz przepraszam, ale za 2 minuty mam kolejne zajęcia i chyba Ty również.
Oniemiała, spojrzała na zegarek. 9:58. Cholera jasna, miał rację. Wróciła wzrokiem do jego twarzy.
- Nic Panu nie proponowałam - spróbowała raz jeszcze.
- Ależ tak.
- Ależ nie.
- Co się stało?
Była pewna, że spojrzała na niego jak na idiotę.
- Jak to, co się stało?
- Co się ze mną stało? Kobiety zwykle błagały, bym zdjął ubrania i jestem zupełnie pewien, ze każda inna studentka z Twojej klasy zabiłaby za taką okazję.
Zamurowało ją. Przez kilka sekund po prostu patrzyła na niego, a potem poprawiła torbę na ramieniu, odwróciła się na pięcie i odeszła w kierunku drzwi, przy akompaniamencie jego głębokiego śmiechu.
- Do zobaczenia w piątek! - usłyszała jeszcze, przeciskając się przez tłumek studentów, którzy spieszyli się na zajęcia z szaleńcem zwanym profesorem fotografii.
* * *
TO BE CONTINUED.
That part of this story has been written by N. Suavis.
wtorek, 12 listopada 2013
tres #
Drugi i ostatni "shortmance" z 50odcieni.
- Roksi, no nie marudź, pójdziemy, potańczymy. Będzie fajnie.
Patrycja nie chciała przestać truć mi pewnej części ciała, aż w końcu - chcąc nie chcąc - zgodziłam się pójść z nią do jakiegoś klubu, którego nazwy oczywiście nie zapamiętałam. "Jeden raz" - powiedziałam sobie. W końcu był Sylwester. Raczej wątpię, żeby komuś chciało się siedzieć i robić forever alone party. Jak widać, ja również nie należałam do tej grupy, skoro moja siostra tak łatwo wyciągnęła mnie na miasto. Shit happens.
Tak więc, słuchając jednej z jej cudownych rad, zamiast marudź wzięłam prysznic i zaczęłam się zastanawiać nad jakimś ubraniem na wieczór.
[...]
- No chyba żartujesz !?
Po raz kolejny w życiu zastanowiłam się, jak to możliwe, że taka mała osóbka jak Pati tak głośno krzyczy. To było frustrujące (zwłaszcza, że ja tak nie potrafiłam. I gdzie tu sprawiedliwe dzielenie genów!?) Odwróciłam się twarzą do niej, z jedną nogą wciągniętą w jeansy.
- Nawet nie myśl, że pozwolę Ci wyjść w spodniach! Zdejmuj to!
Już chciałam zaoponować - łatwo jej było mówić, skoro była mała i drobna, także postawniejszy facet mógł ją unieść jedną ręką. Nie to, żebym była jakoś specjalnie gruba. Po prostu byłam wyższa. I strasznie nie lubiłam nosić spódnic. Kiedy jednak masz w domu następcę Napoleona (mały ale wariat, haha...) to musisz się przyzwyczaić do częstej przegranej. Kolejnej dziś. Zacisnęłam pięści, żeby nie krzyknąć.
- Wydawało mi się, że potrafisz zarejestrować, że chodzę tylko w spodniach, więc to tak jakby moje jedyne wyjście.
Warknęłam. Naprawdę bardzo starałam się spokojnie wbić do jej małego blond łebka, żeby przestała się w końcu czepiać mojego stroju. Ale, oh, w końcu jestem Roksaną. Rzadko kiedy jestem spokojna.
Siostra spojrzała na mnie, po czym podeszła do swojej szafy i zaczęła przerzucać rzeczy na wieszakach, mrucząc coś w stylu "Co Ty byś beze mnie zrobiła..." Pokazałam więc język jej plecom. No bo naprawdę.
- Jeśli sądzisz, że założę jedną z tych Twoich...
Zanim dokończyłam, wyjęła krótką czarną sukienkę i zmierzyła mnie wzrokiem i rzuciła:
- Ubieraj się.
Po czym podała mi ubranie i wyszła z pokoju. Przez chwilę skupiłam się na tym, jak świetnie wyglądały złote dżety na ramiączkach sukienki i że te kolczyki, które kupiłam w zeszłym tygodniu świetnie by pasowały. Za chwile jednak przyjrzałam się reszcie i oczy niemal wyszły mi na wierzch. Nie możliwe, żeby to wdzianko sięgnęło mi dalej niż do połowy uda. Do połowy! Ja, która zawsze chodziłam w spodniach, miałam nagle wystąpić prawie bez dolnej części garderoby! Chciałam z powrotem włożyć spodnie, ale zorientowałam się, że zniknęły. Gdyby mama usłyszała słowo, którym to skomentowałam chyba by padła trupem. Podeszłam do drzwi z zamiarem wyrzucenia Patrycji wszystkiego (łącznie z sukienką!) w twarz, kiedy usłyszałam, że wita się z kimś w dość wylewny sposób. A to oznaczało, że przyszedł Damian (jej chłopak, z którym już zrywała i wracała do niego jakieś 50 razy). A to natomiast oznaczało, że nie mogę tam wyjść w samych majtkach. Niech to szlag! Drżącymi ze zdenerwowania rękoma wciągnęłam na siebie "małą czarną", obciągając ją jak najdalej się dało. Nie myliłam się jednak - sięgała mi jakieś 3 cm za pupę. Świetnie. Pchnięta nagłym impulsem przeszukałam wszystkie szuflady, aż w jednej znalazłam w końcu czarne rajstopy. Lekko odetchnęłam, po czym wciągnęłam je na nogi. Ok, może teraz było trochę lepiej. Mniejsze ryzyko, że wszyscy zobaczą moje majtki z króliczkiem.
"Oddychaj, Roks." - powiedziałam sobie, po czym wyszłam do salonu, wiedząc, że zastanę tam dwuosobowy zespół sędziowski. Gdy tylko Damian mnie zobaczył oderwał się od ust Patrycji (łeee!) i zagwizdał cicho.
- No, no, Roks, zaszalałaś.
Wiedziałam, że spiekłam buraka, bo Path uśmiechnęła się tryumfująco.
- Widzisz? Mówiłam, że będziesz dobrze wyglądać.
Nieoderwalna pewność siebie, jak zwykle. Jak moja siostra to robi? Chyba dopiszę to do listy zawierającej wszystkie "Co ma Path czego ja nie mam". Nie miałam jednak teraz czasu się dłużej nad tym zastanawiać, bo moja droga słodka parka zaczęła zbierać się do wyjścia, więc ja też, chcąc nie chcą, musiałam włożyć botki i płaszcz i wyjść za nimi na grudniowy zmierzch.
[...]
- Co chcecie do picia?
Zapytał Damian, kiedy usiedliśmy w swojej loży w klubie "Maskavannah" ( wiedziałam to tylko dzięki błyszczącemu neonowi nad wejściem. Bo kto wymyślił tę głupią nazwę?). Wszystkie miejsca były już praktycznie zajęte i parkiet taneczny powoli też się wypełniał. Jak widać, mimo dziwnej nazwy, było to miejsce gromadzące tłumy. W pewnym sensie odetchnęłam, bo było duże prawdopodobieństwo, że nikt nie zwróci uwagi na moją (poniekąd) szokującą kreację. W końcu w sali było wiele bardziej roznegliżowanych (w zimie!) i chętnych do "zabawy" dziewczyn. Może więc to nie będzie taki zły wieczór.
[...]
"To stanowczo jest bardzo zły wieczór" - pomyślałam po raz kolejny, w samotności sącząc drinka. Damian i Patrycja już dawno gdzieś wyparowali (oczywiście twierdząc, że wrócą za chwilę), a ja nie chciałam myśleć, co mogli teraz robić. Siedziałam więc sama na czerwonej kanapie i patrzyłam na bawiących się ludzi. Nie raz czułam na sobie prześmiewcze spojrzenie kogoś z podchmielonego towarzystwa, ale nie zwracałam na nich uwagi. W końcu byłam mistrzynią w ignorowaniu. Przechyliłam szklankę do końca, wypijając ostatni łyk alkoholu po czym odstawiłam ją na stolik stojący przede mną. Dotknęłam dłońmi policzków, bojąc się zastanowić, jak intensywny odcień czerwieni mają. Pomyślałam, żeby pójść i kupić sobie jeszcze jednego drinka - w końcu jeden więcej, czy jeden mniej - bez różnicy. Wstałam więc i bokiem wyszłam ciasną przestrzenią między sofą a stolikiem. Niestety jednak, 15-centymetrowe obcasy i wódka to nie jest dobre połączenie, więc nim się obejrzałam, znalazłam się na podłodze, czując tępy ból w kolanach. Rozległ się cichy śmiech z mojej prawej strony. Oh ok, może wyglądałam fatalnie, ale jakiś nachlany nastolatek nie ma prawa się ze mnie śmiać. Zagryzając ze wściekłością usta wstałam z taką gracją, na jaką było mnie stać i spojrzałam na zuchwalca, który najwidoczniej chciał zginąć z mojej ręki.
Spojrzałam i utonęłam w najpiękniejszym uśmiechu świata.
[...]
- Przepraszam, czy upadek odebrał Ci zdolność mowy?
Zapytał mnie Pan Bezczelny i Rozbrajający Uśmiech, unosząc z zainteresowaniem jedną brew. Potrzebowałam chwili, żeby przetworzyć to, co powiedział, po czym zamknęłam usta (nie mam pojęcia, kiedy je otwarłam!) i zrobiłam moją "groźną minę", na którą Path zwykle reagowała wybuchem śmiechu. Pan BiR Uśmiech nadal jednak miał na twarzy ten sam wyraz zabawnego zainteresowania.
- Jak śmiesz.
Wyjęczałam w końcu, czując, jak krew wzrasta mi do temperatury high.
- Co za kompletny brak wychowania, to wstyd, żeby nazywać Cię mężczyzną!
Warknęłam, specjalnie opierając się o najkruchszy fragment męskiego ego. Wydanie przez kobietę wyroku, ze facet jest mało męski to prawie jak kastracja, wiecie... Ciężkie działa. Ale co ja na to poradzę, wkurzył mnie. Nie odrywałam więc od niego (mam nadzieję, pogardliwego) spojrzenia, a jego uśmiech ledwo dostrzegalnie się zmniejszył. Jeśli jednak sądziłam, ze dzięki temu wygram, no to się pomyliłam. I to o jakieś 100 lat świetlnych. Nigdy bowiem bym się nie spodziewała, że Pan BiR Uśmiech ukłoni się lekko przede mną i nie powie:
- Proszę o wybaczenie, madame. Ma Pani rację, ze moje zachowanie było niedopuszczalne.
Teraz to już nie miałam otwartych ust. Szczęka po prostu leżała gdzieś na podłodze, a ja nie zastanawiałam się nad tym, żeby ją szukać. I szlag trafił moje wyrafinowane tortury. Tymczasem mój jednak bardzo dobrze wychowany nieznajomy podszedł do mnie i wziął moje dłonie, strzepując z nich kurz, który pewnie przykleił się do moich ciepłych dłoni, gdy asekurowałam się przy upadku.
- Mam nadzieję, że nie bolą.
Powiedział, na co ja skinęłam głową, a on strzelił swoim kolejnym rozbrajającym uśmiechem (który sprawił, że nie zauważyłam nawet, że wokół nas stoi już mały tłum gapiów).
- Pozwolisz, że zadośćuczynię jakoś swój niecny występek, Panno..?
Teraz nie mogłam już tylko skinąć głową, przełknęłam więc ślinę i powiedziałam cicho:
- Wyszyńska. Roksana Wyszyńska.
- Panno Wyszyńska.
Dokończył, po czym zgrabnie ulokował sobie moją dłoń na swoim ramieniu i poprowadził mnie przez tłumek ( który rozstąpił się przed nami jak Morze Czerwone) w kierunku "obszarów gospodarczych", czyli tam gdzie goście nie mają wstępu. Trochę mnie to zdziwiło.
- Tutaj chyba nie wolno wchodzić.
Zasugerowałam, on jednak skwitował to tylko krótkim uśmiechem.
- Nam wolno.
- Oh.
"Inteligentna odpowiedź, nie ma co, Roks" - warknęłam na siebie. Wciąż chyba byłam jednak w szoku po upadku i... No ok, tak naprawdę to byłam w szoku po każdym uśmiechu Pana Wszystko Mi Wolno. Odchrząknęłam.
- Wiesz, nie chciałabym mieć jakiś problemów przez włóczenie się po zakazanym terenie jakiegoś klubu, więc...
- Uwierz, nie będziesz miała żadnych problemów.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem właścicielem tego miejsca. Nazywam się Mikołaj Waliński.
Jedynym, co mogłam z siebie wykrztusić, było kolejne: "Oh!", po czym zostałam niemal wepchnięta do ogromnego pomieszczenia, w którym jakoś wszystko przestało mnie interesować.
Dopóki nie poczułam na swoich plecach, tuż powyżej pupy, dłoni Pana Walińskiego.
The story has been written by N. Suavis
- Roksi, no nie marudź, pójdziemy, potańczymy. Będzie fajnie.
Patrycja nie chciała przestać truć mi pewnej części ciała, aż w końcu - chcąc nie chcąc - zgodziłam się pójść z nią do jakiegoś klubu, którego nazwy oczywiście nie zapamiętałam. "Jeden raz" - powiedziałam sobie. W końcu był Sylwester. Raczej wątpię, żeby komuś chciało się siedzieć i robić forever alone party. Jak widać, ja również nie należałam do tej grupy, skoro moja siostra tak łatwo wyciągnęła mnie na miasto. Shit happens.
Tak więc, słuchając jednej z jej cudownych rad, zamiast marudź wzięłam prysznic i zaczęłam się zastanawiać nad jakimś ubraniem na wieczór.
[...]
- No chyba żartujesz !?
Po raz kolejny w życiu zastanowiłam się, jak to możliwe, że taka mała osóbka jak Pati tak głośno krzyczy. To było frustrujące (zwłaszcza, że ja tak nie potrafiłam. I gdzie tu sprawiedliwe dzielenie genów!?) Odwróciłam się twarzą do niej, z jedną nogą wciągniętą w jeansy.
- Nawet nie myśl, że pozwolę Ci wyjść w spodniach! Zdejmuj to!
Już chciałam zaoponować - łatwo jej było mówić, skoro była mała i drobna, także postawniejszy facet mógł ją unieść jedną ręką. Nie to, żebym była jakoś specjalnie gruba. Po prostu byłam wyższa. I strasznie nie lubiłam nosić spódnic. Kiedy jednak masz w domu następcę Napoleona (mały ale wariat, haha...) to musisz się przyzwyczaić do częstej przegranej. Kolejnej dziś. Zacisnęłam pięści, żeby nie krzyknąć.
- Wydawało mi się, że potrafisz zarejestrować, że chodzę tylko w spodniach, więc to tak jakby moje jedyne wyjście.
Warknęłam. Naprawdę bardzo starałam się spokojnie wbić do jej małego blond łebka, żeby przestała się w końcu czepiać mojego stroju. Ale, oh, w końcu jestem Roksaną. Rzadko kiedy jestem spokojna.
Siostra spojrzała na mnie, po czym podeszła do swojej szafy i zaczęła przerzucać rzeczy na wieszakach, mrucząc coś w stylu "Co Ty byś beze mnie zrobiła..." Pokazałam więc język jej plecom. No bo naprawdę.
- Jeśli sądzisz, że założę jedną z tych Twoich...
Zanim dokończyłam, wyjęła krótką czarną sukienkę i zmierzyła mnie wzrokiem i rzuciła:
- Ubieraj się.
Po czym podała mi ubranie i wyszła z pokoju. Przez chwilę skupiłam się na tym, jak świetnie wyglądały złote dżety na ramiączkach sukienki i że te kolczyki, które kupiłam w zeszłym tygodniu świetnie by pasowały. Za chwile jednak przyjrzałam się reszcie i oczy niemal wyszły mi na wierzch. Nie możliwe, żeby to wdzianko sięgnęło mi dalej niż do połowy uda. Do połowy! Ja, która zawsze chodziłam w spodniach, miałam nagle wystąpić prawie bez dolnej części garderoby! Chciałam z powrotem włożyć spodnie, ale zorientowałam się, że zniknęły. Gdyby mama usłyszała słowo, którym to skomentowałam chyba by padła trupem. Podeszłam do drzwi z zamiarem wyrzucenia Patrycji wszystkiego (łącznie z sukienką!) w twarz, kiedy usłyszałam, że wita się z kimś w dość wylewny sposób. A to oznaczało, że przyszedł Damian (jej chłopak, z którym już zrywała i wracała do niego jakieś 50 razy). A to natomiast oznaczało, że nie mogę tam wyjść w samych majtkach. Niech to szlag! Drżącymi ze zdenerwowania rękoma wciągnęłam na siebie "małą czarną", obciągając ją jak najdalej się dało. Nie myliłam się jednak - sięgała mi jakieś 3 cm za pupę. Świetnie. Pchnięta nagłym impulsem przeszukałam wszystkie szuflady, aż w jednej znalazłam w końcu czarne rajstopy. Lekko odetchnęłam, po czym wciągnęłam je na nogi. Ok, może teraz było trochę lepiej. Mniejsze ryzyko, że wszyscy zobaczą moje majtki z króliczkiem.
"Oddychaj, Roks." - powiedziałam sobie, po czym wyszłam do salonu, wiedząc, że zastanę tam dwuosobowy zespół sędziowski. Gdy tylko Damian mnie zobaczył oderwał się od ust Patrycji (łeee!) i zagwizdał cicho.
- No, no, Roks, zaszalałaś.
Wiedziałam, że spiekłam buraka, bo Path uśmiechnęła się tryumfująco.
- Widzisz? Mówiłam, że będziesz dobrze wyglądać.
Nieoderwalna pewność siebie, jak zwykle. Jak moja siostra to robi? Chyba dopiszę to do listy zawierającej wszystkie "Co ma Path czego ja nie mam". Nie miałam jednak teraz czasu się dłużej nad tym zastanawiać, bo moja droga słodka parka zaczęła zbierać się do wyjścia, więc ja też, chcąc nie chcą, musiałam włożyć botki i płaszcz i wyjść za nimi na grudniowy zmierzch.
[...]
- Co chcecie do picia?
Zapytał Damian, kiedy usiedliśmy w swojej loży w klubie "Maskavannah" ( wiedziałam to tylko dzięki błyszczącemu neonowi nad wejściem. Bo kto wymyślił tę głupią nazwę?). Wszystkie miejsca były już praktycznie zajęte i parkiet taneczny powoli też się wypełniał. Jak widać, mimo dziwnej nazwy, było to miejsce gromadzące tłumy. W pewnym sensie odetchnęłam, bo było duże prawdopodobieństwo, że nikt nie zwróci uwagi na moją (poniekąd) szokującą kreację. W końcu w sali było wiele bardziej roznegliżowanych (w zimie!) i chętnych do "zabawy" dziewczyn. Może więc to nie będzie taki zły wieczór.
[...]
"To stanowczo jest bardzo zły wieczór" - pomyślałam po raz kolejny, w samotności sącząc drinka. Damian i Patrycja już dawno gdzieś wyparowali (oczywiście twierdząc, że wrócą za chwilę), a ja nie chciałam myśleć, co mogli teraz robić. Siedziałam więc sama na czerwonej kanapie i patrzyłam na bawiących się ludzi. Nie raz czułam na sobie prześmiewcze spojrzenie kogoś z podchmielonego towarzystwa, ale nie zwracałam na nich uwagi. W końcu byłam mistrzynią w ignorowaniu. Przechyliłam szklankę do końca, wypijając ostatni łyk alkoholu po czym odstawiłam ją na stolik stojący przede mną. Dotknęłam dłońmi policzków, bojąc się zastanowić, jak intensywny odcień czerwieni mają. Pomyślałam, żeby pójść i kupić sobie jeszcze jednego drinka - w końcu jeden więcej, czy jeden mniej - bez różnicy. Wstałam więc i bokiem wyszłam ciasną przestrzenią między sofą a stolikiem. Niestety jednak, 15-centymetrowe obcasy i wódka to nie jest dobre połączenie, więc nim się obejrzałam, znalazłam się na podłodze, czując tępy ból w kolanach. Rozległ się cichy śmiech z mojej prawej strony. Oh ok, może wyglądałam fatalnie, ale jakiś nachlany nastolatek nie ma prawa się ze mnie śmiać. Zagryzając ze wściekłością usta wstałam z taką gracją, na jaką było mnie stać i spojrzałam na zuchwalca, który najwidoczniej chciał zginąć z mojej ręki.
Spojrzałam i utonęłam w najpiękniejszym uśmiechu świata.
[...]
- Przepraszam, czy upadek odebrał Ci zdolność mowy?
Zapytał mnie Pan Bezczelny i Rozbrajający Uśmiech, unosząc z zainteresowaniem jedną brew. Potrzebowałam chwili, żeby przetworzyć to, co powiedział, po czym zamknęłam usta (nie mam pojęcia, kiedy je otwarłam!) i zrobiłam moją "groźną minę", na którą Path zwykle reagowała wybuchem śmiechu. Pan BiR Uśmiech nadal jednak miał na twarzy ten sam wyraz zabawnego zainteresowania.
- Jak śmiesz.
Wyjęczałam w końcu, czując, jak krew wzrasta mi do temperatury high.
- Co za kompletny brak wychowania, to wstyd, żeby nazywać Cię mężczyzną!
Warknęłam, specjalnie opierając się o najkruchszy fragment męskiego ego. Wydanie przez kobietę wyroku, ze facet jest mało męski to prawie jak kastracja, wiecie... Ciężkie działa. Ale co ja na to poradzę, wkurzył mnie. Nie odrywałam więc od niego (mam nadzieję, pogardliwego) spojrzenia, a jego uśmiech ledwo dostrzegalnie się zmniejszył. Jeśli jednak sądziłam, ze dzięki temu wygram, no to się pomyliłam. I to o jakieś 100 lat świetlnych. Nigdy bowiem bym się nie spodziewała, że Pan BiR Uśmiech ukłoni się lekko przede mną i nie powie:
- Proszę o wybaczenie, madame. Ma Pani rację, ze moje zachowanie było niedopuszczalne.
Teraz to już nie miałam otwartych ust. Szczęka po prostu leżała gdzieś na podłodze, a ja nie zastanawiałam się nad tym, żeby ją szukać. I szlag trafił moje wyrafinowane tortury. Tymczasem mój jednak bardzo dobrze wychowany nieznajomy podszedł do mnie i wziął moje dłonie, strzepując z nich kurz, który pewnie przykleił się do moich ciepłych dłoni, gdy asekurowałam się przy upadku.
- Mam nadzieję, że nie bolą.
Powiedział, na co ja skinęłam głową, a on strzelił swoim kolejnym rozbrajającym uśmiechem (który sprawił, że nie zauważyłam nawet, że wokół nas stoi już mały tłum gapiów).
- Pozwolisz, że zadośćuczynię jakoś swój niecny występek, Panno..?
Teraz nie mogłam już tylko skinąć głową, przełknęłam więc ślinę i powiedziałam cicho:
- Wyszyńska. Roksana Wyszyńska.
- Panno Wyszyńska.
Dokończył, po czym zgrabnie ulokował sobie moją dłoń na swoim ramieniu i poprowadził mnie przez tłumek ( który rozstąpił się przed nami jak Morze Czerwone) w kierunku "obszarów gospodarczych", czyli tam gdzie goście nie mają wstępu. Trochę mnie to zdziwiło.
- Tutaj chyba nie wolno wchodzić.
Zasugerowałam, on jednak skwitował to tylko krótkim uśmiechem.
- Nam wolno.
- Oh.
"Inteligentna odpowiedź, nie ma co, Roks" - warknęłam na siebie. Wciąż chyba byłam jednak w szoku po upadku i... No ok, tak naprawdę to byłam w szoku po każdym uśmiechu Pana Wszystko Mi Wolno. Odchrząknęłam.
- Wiesz, nie chciałabym mieć jakiś problemów przez włóczenie się po zakazanym terenie jakiegoś klubu, więc...
- Uwierz, nie będziesz miała żadnych problemów.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem właścicielem tego miejsca. Nazywam się Mikołaj Waliński.
Jedynym, co mogłam z siebie wykrztusić, było kolejne: "Oh!", po czym zostałam niemal wepchnięta do ogromnego pomieszczenia, w którym jakoś wszystko przestało mnie interesować.
Dopóki nie poczułam na swoich plecach, tuż powyżej pupy, dłoni Pana Walińskiego.
The story has been written by N. Suavis
duo #
Mój pierwszy "shortmance" pochodzący jeszcze z bloga 50spojrzeń.
Enjoy.
Była załamana. Totalnie. Kompletnie. Niechciane łzy pojawiły się w jej oczach.
"Daj spokój, Soph. Nie będę beczeć, nie będę beczeć..." - mówiła do siebie w myślach, podążając szarym korytarzem hali sportowej. Usilnie starała się sobie wmówić, ze przegrana jej ukochanej drużyny, ARR Volley w międzynarodowym pucharze nic nie znaczy. Ale znaczyła, dużo. Zwłaszcza, że jej przyjaciele zapewne teraz nie mogli się pogodzić z porażką i wytykali sobie własne błędy, których tak naprawdę nie było. Pociągnęła nosem i skręciła w prawo, postanawiając pójść do chłopaków i sprawdzić, jak się trzymają (oczywiście nie pomyślała, ze wygląda jak nieszczęście z zaczerwienionym nosem i trochę rozmazanym tuszem pod prawym okiem; uroki bycia zrozpaczoną). Ledwie jednak wzięła zakręt, jej stopy o coś zahaczyły i niemal wylądowała na ziemi. "Pieprzone obcasy!" - warczała w myślach, w tym samym momencie, kiedy jej oczy próbowały zidentyfikować ciemny kształt będący na podłodze. Kształt, który właśnie się poruszył.
- Sophia?
Po maratonie przekleństwa (wypowiedzianych oczywiście w myślach), Sophia zdołała wydukać:
- Nicholas?
- Soph, co Ty tu robisz?
Zapytał, tym samym odpowiadając na jej pytanie. Wzięła głęboki oddech, bojąc się, ze głos zacznie jej drżeć, jeśli tylko otworzy usta. A przed kim jak przed kim, ale akurat przed tym mężczyzną nigdy nie chciała wyjść na słabą.
- Właśnie szłam.. yyy... szłam...
I tyle jeśli chodzi o bycie zrównoważoną. Tym razem jednak miało to mniejszy związek z goryczą porażki, a stanowczo większy z tym, że Nick wstał z podłogi i jego niebiesko-zielone oczy zalśniły w jakiejś zabłąkanej łunie światła ledwie kilka centymetrów od jej twarzy.
- Rozumiem. Szłaś. Wybacz, że zaburzyłem tą fascynującą czynność.
Odpowiedział głosem, który mógł być uznany za głośny szept lub stłumiony pomruk. I mimo iż te niezbyt korzystne słowa dotarły do jej umysłu z siłą tsunami, nie mogła opanować dreszczy, jakie przebiegły po jej plecach pod wpływem tego jakże seksownego brzmienia. A o brzmieniach, jako świeżo upieczona absolwentka szkoły muzycznej, wiedziała całkiem sporo.
Spróbowała się jednak otrząsnąć na tyle, na ile mogła i zaczęła jeszcze raz:
- Szłam, żeby się z Tobą zobaczyć. To znaczy z Wami! Z wami..yyy.. no wiesz, z drużyną. Chciałabym porozmawiać z Raphael'em.
Ostatnie zdanie dodała tak szybko, że musiała wziąć głęboki oddech, żeby się nie zakrztusić. Chociaż nie wiedziała, czemu ma głupie przeczucie, ze powinna mu się tłumaczyć i to jeszcze błahym powodem ich wspólnego przyjaciela. To ją zirytowało. Była znana ze swojego uporu i zawziętości, i z tego, że do niej zwykle należy ostatnie słowo. Przystąpiła więc do ofensywy.
- A Ty? Co tutaj robisz po ciemku? Czyżby Twój pokój nie nadawał się już do użytku?
Zapytała z ledwie wyczuwalną nutą ironii, nawiązując do imprezy, która niedawno miała miejsce w hotelowym pokoju Nick'a i przez którą musieli ów hotel opuszczać.
- Może nie chciałem pójść do swojego pokoju, ponieważ nie miałem ochoty być znalezionym przez małą, dociekliwą dziewczynkę, która odczuwa przymus niesienia pocieszenia wszystkiemu, co się rusza, a nie śmieje w głos?
To, że nazwał ją małą dziewczynką i to, jak obojętny był ton jego głosu gdy to mówił, był dla niej jak policzek. Zebrawszy całą godność, jaka jej jeszcze pozostała, wyprostowała plecy (tak, ze już prawie sięgała mu do brody w moich niebotycznie wysokich litach) i z pozoru niedbałym ruchem odrzucił do tyłu długie, falowe włosy o kolorze palonej kawy.
- Skoro tak, Proszę Pana, to nie będę Panu przeszkadzać w gniciu i lizaniu ran w samotności. Dobrej nocy.
Powiedziała z pokerową twarzą i odwróciła się, żeby odejść. Nie uszła jednak więcej niż jakichś 5 kroków, gdy silna dłoń złapała ją za łokieć i stanowczym ruchem odwróciła w swoją stronę. Była pewna, ze na jej twarzy maluję się zaskoczenie, choć tak naprawdę przewidywała, ze nie pozwoli jej tak po prostu odejść. Nie on. Nie ten mężczyzna, o którym mówili, że jest jej męską wersją jeśli chodzi o postawienie na swoim. I, chociaż wstyd było jej się przyznać nawet przed samą sobą, właśnie na to liczyła. Bo tak naprawdę szła do drużyny tylko dlatego, żeby choć na chwilę popatrzeć, jak jego piękne kocie oczy zasnuwa mgiełka smutku i rozczarowania. Wyglądał wtedy zawsze tak niewyobrażalnie uroczo, tak ... pociągająco. Mogłaby na niego patrzeć godzinami.
Kiedy jednak te jego fascynujące tęczówki znalazły się na równi z jej własnymi, czekoladowo-brązowymi, nie widziała w nich smutku czy rozgoryczenia. Widziała w nich.. nie, to musiało jej się przywidzieć. Wydawało jej się, ze jego oczy błyszczały pożądaniem.
- Jeśli ktoś będzie coś lizał, to wyłącznie Ty, maleńka. I bynajmniej nie będą to rany...
Wymruczał (naprawdę, nie da się tego inaczej nazwać, jak mruczenie; chyba, ze ten seksowny gardłowy odgłos ma już nową nazwę; stanowczo na to zasługiwał) z ustami tak blisko jej twarzy, że poczuła ciepło jego oddechu. Swojego nie czuła. Może dlatego, że od dobrych kilkunastu sekund wstrzymywała powietrze w płucach, nie śmiejąc przerywać tego aktu czymś tak błahym jak oddychanie.
I zanim jej zamroczony mózg zdołał jeszcze raz przetworzyć jego słowa, musiał skupić się na tym, że jego miękkie wargi właśnie dotknęły jej zaciśniętych, czerwonych ust. Jednak po chwili i to stało się dla niego zbytnim obciążeniem, bo zostawił Sophię samą, jedynie z tajfunem uczuć szalejącym w każdej jej komórce, który to tajfun najwyraźniej zażyczył sobie, by dłonie Soph nagle znalazły się we włosach Nicholasa i przyciągały go bliżej do jej spragnionych ust. Oczywiście Nick nie na długo pozwolił sobą sterować i jego długie palce zsunęły się z przedramion dziewczyny na jej biodra, a następnie na pupę i przyciągnęły ją stanowczym ruchem do jego coraz bardziej gotowej męskości. Jednak to była jedyna część jego ciała, która wydawała się być poza jakąkolwiek kontrolą, ponieważ delikatne i wyważone ruchy języka na jej wargach były tak niesamowicie irytujące w swojej harmonii, że Sophię powoli zaczął trafiać szlag. Oh, no bo czy to tak wiele prosić o to, by poczuć smak jego języka w swoich ustach, jeśli i tak balansował już na tak cienkiej granicy?
Nie wiedząc, jak go pospieszyć, bezwiednie westchnęła i ku swemu zdumieniu wywołało to u niego efekt, o jakim marzyła. Wprawnym ruchem rozsunął jej wargi swoimi i nie czekając na ponowienie zaproszenia, zaczął dogłębną penetrację jej ust, po czym ich języki same splotły się w bezmyślnym, ale jakże wspaniałym tańcu namiętności.
Dopiero w chwili, gdy jej skórę przeszedł dreszcz bynajmniej nie z pożądania, lecz z zimna zdała sobie sprawę, że Nick oparł ją plecami o ścianę, dociskając swoim umięśnionym ciałem do chłodnej powierzchni. Poczuła również stanowczy uścisk jego dłoni na pośladkach i zrozumiała, że porusza biodrami w rytm jego delikatnych cofnięć i powrotów, zupełnie jakby robili... TO. Tyle, ze oczywiście oboje byli kompletnie ubrani, no i stali w hallu przy ścianie. A jednak czuła się tak wyzwolona i tak radosna, że nawet gdyby stała tu naga, nic by ją nie obchodziło, dopóki Nicholas całował by ją dalej w ten sposób. "To jest jak raj" - pomyślała. "Jak moja własna Idylla, mój Eden." Oh, pewnie znajdzie na ten stan jeszcze wiele śpiewnych określeń, bo nigdy nie zapomni, jak miękła w ramionach mężczyzny, którego skrycie pragnęła, a który równocześnie doprowadzał ją do furii. To było tak... niezwykłe, tak niespotykane i, do diabła, tak bardzo podniecające, że będzie robiła wszystko, by to powtarzać i powtarzać, i powtarzać...
Jednak Nick, nie zdając sobie sprawy, jakież to myśli kłębiły się w jej głowie, wciąż umiejętnie zajmował się jej ciałem. Właśnie teraz przesuwał dłoń po jej żebrach, by przez szyfonowy materiał czarnej koszuli pieścić jej pierś i niech ją szlag trafi, jeśli to nie było najcudowniejsze uczucie w jej życiu. Tak zagubiona we własnej ekstazie nawet nie zastanawiała się nad tym, co on czuje, dopóki niechcący nie przygryzła jego dolnej wargi, na co odpowiedział tak znaczącym westchnięciem, że gdyby nie była mocno zakleszczona między jego silnym ciałem a ścianą, rozpłynęłaby się z zachwytu i mogłaby szczęśliwa zakończyć swój żywot w ciemnym korytarzu.
I śmierć właśnie miała nadejść, chociaż niekoniecznie miało było to być emocjonalne uniesienie na wyżyny, a raczej mocne sprowadzenie na ziemię.
- Nick? To Ty?
Głos Victorii, menadżerki ARR Volley, odbił się echem po prawie pustym korytarzu, tak samo jak stukot jej szpilek. Sophia momentalnie otworzyła oczy i zerknęła na Nick'a, który na szczęście odpowiedział jej trzeźwym spojrzeniem, po czym zabrał dłoń z jej biustu i uniósł palec do swoich ust. "Ciicho." - pokazał jej, po czym odsunął się na stosowną odległość akurat w tym momencie, gdy Victoria znalazła przycisk i jarzeniówki oświetliły hall. Dopiero wtedy zauważyła Sophię (a zauważyła czytaj jako: ponownie spojrzała na nią jak na robaka).
- Oh, nie chciałam przeszkadzać.
Powiedziała tonem, który wyraźnie wskazywał na to, iż bardzo cieszy się, iż im przerwała. Soph nieco nerwowo zerknęła na Nick'a, ale on odpowiedział jej tylko szybkim mrugnięciem i skrzywieniem ust w nikłym uśmiechu. To jednak wystarczyło.
- Właściwie, to już skończyliśmy.
Powiedziała swobodnie, jakby na co dzień była (prawie) nakrywana na czułych uściskach z facetami, i - co kompletnie wybiło Victorię z rytmu - uśmiechnęła się szeroko.
- Cóż, chyba będę się zbierać.
Dodała i skinęła na pożegnanie najpierw Nicholas'owi, a potem kobiecie, która zapewne miała teraz ochotę ją rozszarpać gołymi rękoma, i po raz kolejny tego wieczoru odwróciła się, by odejść.
Tym razem jednak jej krok był pewny i pokusiła się nawet o delikatne kręcenie biodrami, podczas gdy na jej ustach wciąż tkwił beznadziejnie szeroki uśmiech. Kiedy odeszła już na znaczną odległość, zaskoczona usłyszała, jak ktoś woła ją po imieniu. Odwróciła się i nawet z tej odległości mogła dostrzec filuterne błyski w kocich oczach Nick'a i jego usta, czerwone od jej szminki, rozciągnięte w poufałym uśmiechu.
- Wciąż wisisz mi lizanie ran i bynajmniej nie zamierzam czekać! Masz czas do północy albo obszar wykonania zadania stanowczo się powiększy!
Starając się zapanować nad wybuchem śmiechu odpowiedziała:
- W takim razie chyba zaczekam, aż obszar zadania obejmie całe Twoje ciało!
Po czym tak szybko jak mogła nie biegnąc, zniknęła za rogiem. Nie mogła jednak nie usłyszeć znaczącego śmiechu Nick'a.
The story has been written by N. Suavis
Enjoy.
Była załamana. Totalnie. Kompletnie. Niechciane łzy pojawiły się w jej oczach.
"Daj spokój, Soph. Nie będę beczeć, nie będę beczeć..." - mówiła do siebie w myślach, podążając szarym korytarzem hali sportowej. Usilnie starała się sobie wmówić, ze przegrana jej ukochanej drużyny, ARR Volley w międzynarodowym pucharze nic nie znaczy. Ale znaczyła, dużo. Zwłaszcza, że jej przyjaciele zapewne teraz nie mogli się pogodzić z porażką i wytykali sobie własne błędy, których tak naprawdę nie było. Pociągnęła nosem i skręciła w prawo, postanawiając pójść do chłopaków i sprawdzić, jak się trzymają (oczywiście nie pomyślała, ze wygląda jak nieszczęście z zaczerwienionym nosem i trochę rozmazanym tuszem pod prawym okiem; uroki bycia zrozpaczoną). Ledwie jednak wzięła zakręt, jej stopy o coś zahaczyły i niemal wylądowała na ziemi. "Pieprzone obcasy!" - warczała w myślach, w tym samym momencie, kiedy jej oczy próbowały zidentyfikować ciemny kształt będący na podłodze. Kształt, który właśnie się poruszył.
- Sophia?
Po maratonie przekleństwa (wypowiedzianych oczywiście w myślach), Sophia zdołała wydukać:
- Nicholas?
- Soph, co Ty tu robisz?
Zapytał, tym samym odpowiadając na jej pytanie. Wzięła głęboki oddech, bojąc się, ze głos zacznie jej drżeć, jeśli tylko otworzy usta. A przed kim jak przed kim, ale akurat przed tym mężczyzną nigdy nie chciała wyjść na słabą.
- Właśnie szłam.. yyy... szłam...
I tyle jeśli chodzi o bycie zrównoważoną. Tym razem jednak miało to mniejszy związek z goryczą porażki, a stanowczo większy z tym, że Nick wstał z podłogi i jego niebiesko-zielone oczy zalśniły w jakiejś zabłąkanej łunie światła ledwie kilka centymetrów od jej twarzy.
- Rozumiem. Szłaś. Wybacz, że zaburzyłem tą fascynującą czynność.
Odpowiedział głosem, który mógł być uznany za głośny szept lub stłumiony pomruk. I mimo iż te niezbyt korzystne słowa dotarły do jej umysłu z siłą tsunami, nie mogła opanować dreszczy, jakie przebiegły po jej plecach pod wpływem tego jakże seksownego brzmienia. A o brzmieniach, jako świeżo upieczona absolwentka szkoły muzycznej, wiedziała całkiem sporo.
Spróbowała się jednak otrząsnąć na tyle, na ile mogła i zaczęła jeszcze raz:
- Szłam, żeby się z Tobą zobaczyć. To znaczy z Wami! Z wami..yyy.. no wiesz, z drużyną. Chciałabym porozmawiać z Raphael'em.
Ostatnie zdanie dodała tak szybko, że musiała wziąć głęboki oddech, żeby się nie zakrztusić. Chociaż nie wiedziała, czemu ma głupie przeczucie, ze powinna mu się tłumaczyć i to jeszcze błahym powodem ich wspólnego przyjaciela. To ją zirytowało. Była znana ze swojego uporu i zawziętości, i z tego, że do niej zwykle należy ostatnie słowo. Przystąpiła więc do ofensywy.
- A Ty? Co tutaj robisz po ciemku? Czyżby Twój pokój nie nadawał się już do użytku?
Zapytała z ledwie wyczuwalną nutą ironii, nawiązując do imprezy, która niedawno miała miejsce w hotelowym pokoju Nick'a i przez którą musieli ów hotel opuszczać.
- Może nie chciałem pójść do swojego pokoju, ponieważ nie miałem ochoty być znalezionym przez małą, dociekliwą dziewczynkę, która odczuwa przymus niesienia pocieszenia wszystkiemu, co się rusza, a nie śmieje w głos?
To, że nazwał ją małą dziewczynką i to, jak obojętny był ton jego głosu gdy to mówił, był dla niej jak policzek. Zebrawszy całą godność, jaka jej jeszcze pozostała, wyprostowała plecy (tak, ze już prawie sięgała mu do brody w moich niebotycznie wysokich litach) i z pozoru niedbałym ruchem odrzucił do tyłu długie, falowe włosy o kolorze palonej kawy.
- Skoro tak, Proszę Pana, to nie będę Panu przeszkadzać w gniciu i lizaniu ran w samotności. Dobrej nocy.
Powiedziała z pokerową twarzą i odwróciła się, żeby odejść. Nie uszła jednak więcej niż jakichś 5 kroków, gdy silna dłoń złapała ją za łokieć i stanowczym ruchem odwróciła w swoją stronę. Była pewna, ze na jej twarzy maluję się zaskoczenie, choć tak naprawdę przewidywała, ze nie pozwoli jej tak po prostu odejść. Nie on. Nie ten mężczyzna, o którym mówili, że jest jej męską wersją jeśli chodzi o postawienie na swoim. I, chociaż wstyd było jej się przyznać nawet przed samą sobą, właśnie na to liczyła. Bo tak naprawdę szła do drużyny tylko dlatego, żeby choć na chwilę popatrzeć, jak jego piękne kocie oczy zasnuwa mgiełka smutku i rozczarowania. Wyglądał wtedy zawsze tak niewyobrażalnie uroczo, tak ... pociągająco. Mogłaby na niego patrzeć godzinami.
Kiedy jednak te jego fascynujące tęczówki znalazły się na równi z jej własnymi, czekoladowo-brązowymi, nie widziała w nich smutku czy rozgoryczenia. Widziała w nich.. nie, to musiało jej się przywidzieć. Wydawało jej się, ze jego oczy błyszczały pożądaniem.
- Jeśli ktoś będzie coś lizał, to wyłącznie Ty, maleńka. I bynajmniej nie będą to rany...
Wymruczał (naprawdę, nie da się tego inaczej nazwać, jak mruczenie; chyba, ze ten seksowny gardłowy odgłos ma już nową nazwę; stanowczo na to zasługiwał) z ustami tak blisko jej twarzy, że poczuła ciepło jego oddechu. Swojego nie czuła. Może dlatego, że od dobrych kilkunastu sekund wstrzymywała powietrze w płucach, nie śmiejąc przerywać tego aktu czymś tak błahym jak oddychanie.
I zanim jej zamroczony mózg zdołał jeszcze raz przetworzyć jego słowa, musiał skupić się na tym, że jego miękkie wargi właśnie dotknęły jej zaciśniętych, czerwonych ust. Jednak po chwili i to stało się dla niego zbytnim obciążeniem, bo zostawił Sophię samą, jedynie z tajfunem uczuć szalejącym w każdej jej komórce, który to tajfun najwyraźniej zażyczył sobie, by dłonie Soph nagle znalazły się we włosach Nicholasa i przyciągały go bliżej do jej spragnionych ust. Oczywiście Nick nie na długo pozwolił sobą sterować i jego długie palce zsunęły się z przedramion dziewczyny na jej biodra, a następnie na pupę i przyciągnęły ją stanowczym ruchem do jego coraz bardziej gotowej męskości. Jednak to była jedyna część jego ciała, która wydawała się być poza jakąkolwiek kontrolą, ponieważ delikatne i wyważone ruchy języka na jej wargach były tak niesamowicie irytujące w swojej harmonii, że Sophię powoli zaczął trafiać szlag. Oh, no bo czy to tak wiele prosić o to, by poczuć smak jego języka w swoich ustach, jeśli i tak balansował już na tak cienkiej granicy?
Nie wiedząc, jak go pospieszyć, bezwiednie westchnęła i ku swemu zdumieniu wywołało to u niego efekt, o jakim marzyła. Wprawnym ruchem rozsunął jej wargi swoimi i nie czekając na ponowienie zaproszenia, zaczął dogłębną penetrację jej ust, po czym ich języki same splotły się w bezmyślnym, ale jakże wspaniałym tańcu namiętności.
Dopiero w chwili, gdy jej skórę przeszedł dreszcz bynajmniej nie z pożądania, lecz z zimna zdała sobie sprawę, że Nick oparł ją plecami o ścianę, dociskając swoim umięśnionym ciałem do chłodnej powierzchni. Poczuła również stanowczy uścisk jego dłoni na pośladkach i zrozumiała, że porusza biodrami w rytm jego delikatnych cofnięć i powrotów, zupełnie jakby robili... TO. Tyle, ze oczywiście oboje byli kompletnie ubrani, no i stali w hallu przy ścianie. A jednak czuła się tak wyzwolona i tak radosna, że nawet gdyby stała tu naga, nic by ją nie obchodziło, dopóki Nicholas całował by ją dalej w ten sposób. "To jest jak raj" - pomyślała. "Jak moja własna Idylla, mój Eden." Oh, pewnie znajdzie na ten stan jeszcze wiele śpiewnych określeń, bo nigdy nie zapomni, jak miękła w ramionach mężczyzny, którego skrycie pragnęła, a który równocześnie doprowadzał ją do furii. To było tak... niezwykłe, tak niespotykane i, do diabła, tak bardzo podniecające, że będzie robiła wszystko, by to powtarzać i powtarzać, i powtarzać...
Jednak Nick, nie zdając sobie sprawy, jakież to myśli kłębiły się w jej głowie, wciąż umiejętnie zajmował się jej ciałem. Właśnie teraz przesuwał dłoń po jej żebrach, by przez szyfonowy materiał czarnej koszuli pieścić jej pierś i niech ją szlag trafi, jeśli to nie było najcudowniejsze uczucie w jej życiu. Tak zagubiona we własnej ekstazie nawet nie zastanawiała się nad tym, co on czuje, dopóki niechcący nie przygryzła jego dolnej wargi, na co odpowiedział tak znaczącym westchnięciem, że gdyby nie była mocno zakleszczona między jego silnym ciałem a ścianą, rozpłynęłaby się z zachwytu i mogłaby szczęśliwa zakończyć swój żywot w ciemnym korytarzu.
I śmierć właśnie miała nadejść, chociaż niekoniecznie miało było to być emocjonalne uniesienie na wyżyny, a raczej mocne sprowadzenie na ziemię.
- Nick? To Ty?
Głos Victorii, menadżerki ARR Volley, odbił się echem po prawie pustym korytarzu, tak samo jak stukot jej szpilek. Sophia momentalnie otworzyła oczy i zerknęła na Nick'a, który na szczęście odpowiedział jej trzeźwym spojrzeniem, po czym zabrał dłoń z jej biustu i uniósł palec do swoich ust. "Ciicho." - pokazał jej, po czym odsunął się na stosowną odległość akurat w tym momencie, gdy Victoria znalazła przycisk i jarzeniówki oświetliły hall. Dopiero wtedy zauważyła Sophię (a zauważyła czytaj jako: ponownie spojrzała na nią jak na robaka).
- Oh, nie chciałam przeszkadzać.
Powiedziała tonem, który wyraźnie wskazywał na to, iż bardzo cieszy się, iż im przerwała. Soph nieco nerwowo zerknęła na Nick'a, ale on odpowiedział jej tylko szybkim mrugnięciem i skrzywieniem ust w nikłym uśmiechu. To jednak wystarczyło.
- Właściwie, to już skończyliśmy.
Powiedziała swobodnie, jakby na co dzień była (prawie) nakrywana na czułych uściskach z facetami, i - co kompletnie wybiło Victorię z rytmu - uśmiechnęła się szeroko.
- Cóż, chyba będę się zbierać.
Dodała i skinęła na pożegnanie najpierw Nicholas'owi, a potem kobiecie, która zapewne miała teraz ochotę ją rozszarpać gołymi rękoma, i po raz kolejny tego wieczoru odwróciła się, by odejść.
Tym razem jednak jej krok był pewny i pokusiła się nawet o delikatne kręcenie biodrami, podczas gdy na jej ustach wciąż tkwił beznadziejnie szeroki uśmiech. Kiedy odeszła już na znaczną odległość, zaskoczona usłyszała, jak ktoś woła ją po imieniu. Odwróciła się i nawet z tej odległości mogła dostrzec filuterne błyski w kocich oczach Nick'a i jego usta, czerwone od jej szminki, rozciągnięte w poufałym uśmiechu.
- Wciąż wisisz mi lizanie ran i bynajmniej nie zamierzam czekać! Masz czas do północy albo obszar wykonania zadania stanowczo się powiększy!
Starając się zapanować nad wybuchem śmiechu odpowiedziała:
- W takim razie chyba zaczekam, aż obszar zadania obejmie całe Twoje ciało!
Po czym tak szybko jak mogła nie biegnąc, zniknęła za rogiem. Nie mogła jednak nie usłyszeć znaczącego śmiechu Nick'a.
The story has been written by N. Suavis
niedziela, 20 października 2013
unum #
exspectata.
Postanowiłam założyć tego bloga by móc dzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat...tak naprawdę to na temat wszystkiego, co przyjdzie do mojej szalonej głowy. Tak jak w tytule bloga: nocte considerationes - rozważania Nocy, czyli inaczej mówiąc mnie. Bo moje imię, Noctia, Nox, pochodzi właśnie od łacińskiego nocte, co oznacza noc. Stworzyłam je sama, ponieważ a) książki najlepiej czyta/pisze się nocą, b) jestem zafascynowana łaciną i c) podkreśla moją dziwność, którą kocham.
Ale skończmy o mnie. Ja tu jestem na drugim planie.
A na pierwszym, no właśnie. Nasze drogie, papierowe dzieci.
Ciekawe czy to, co tutaj piszę ma lub kiedykolwiek dla kogokolwiek będzie miało jakąś wartość... Bardzo mnie to dręczy.
Notka pojawi się w najbliższym czasie.
vale, N. Suavis.
Postanowiłam założyć tego bloga by móc dzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat...tak naprawdę to na temat wszystkiego, co przyjdzie do mojej szalonej głowy. Tak jak w tytule bloga: nocte considerationes - rozważania Nocy, czyli inaczej mówiąc mnie. Bo moje imię, Noctia, Nox, pochodzi właśnie od łacińskiego nocte, co oznacza noc. Stworzyłam je sama, ponieważ a) książki najlepiej czyta/pisze się nocą, b) jestem zafascynowana łaciną i c) podkreśla moją dziwność, którą kocham.
Ale skończmy o mnie. Ja tu jestem na drugim planie.
A na pierwszym, no właśnie. Nasze drogie, papierowe dzieci.
Ciekawe czy to, co tutaj piszę ma lub kiedykolwiek dla kogokolwiek będzie miało jakąś wartość... Bardzo mnie to dręczy.
Notka pojawi się w najbliższym czasie.
vale, N. Suavis.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



