Drugi i ostatni "shortmance" z 50odcieni.
- Roksi, no nie marudź, pójdziemy, potańczymy. Będzie fajnie.
Patrycja nie chciała przestać truć mi pewnej części ciała, aż w końcu -
chcąc nie chcąc - zgodziłam się pójść z nią do jakiegoś klubu, którego
nazwy oczywiście nie zapamiętałam. "Jeden raz" - powiedziałam sobie. W
końcu był Sylwester. Raczej wątpię, żeby komuś chciało się siedzieć i
robić forever alone party. Jak widać, ja również nie należałam do tej
grupy, skoro moja siostra tak łatwo wyciągnęła mnie na miasto. Shit
happens.
Tak więc, słuchając jednej z jej cudownych rad, zamiast marudź wzięłam
prysznic i zaczęłam się zastanawiać nad jakimś ubraniem na wieczór.
[...]
- No chyba żartujesz !?
Po raz kolejny w życiu zastanowiłam się, jak to możliwe, że taka mała
osóbka jak Pati tak głośno krzyczy. To było frustrujące (zwłaszcza, że
ja tak nie potrafiłam. I gdzie tu sprawiedliwe dzielenie genów!?)
Odwróciłam się twarzą do niej, z jedną nogą wciągniętą w jeansy.
- Nawet nie myśl, że pozwolę Ci wyjść w spodniach! Zdejmuj to!
Już chciałam zaoponować - łatwo jej było mówić, skoro była mała i
drobna, także postawniejszy facet mógł ją unieść jedną ręką. Nie to,
żebym była jakoś specjalnie gruba. Po prostu byłam wyższa. I strasznie
nie lubiłam nosić spódnic. Kiedy jednak masz w domu następcę Napoleona
(mały ale wariat, haha...) to musisz się przyzwyczaić do częstej
przegranej. Kolejnej dziś. Zacisnęłam pięści, żeby nie krzyknąć.
- Wydawało mi się, że potrafisz zarejestrować, że chodzę tylko w spodniach, więc to tak jakby moje jedyne wyjście.
Warknęłam. Naprawdę bardzo starałam się spokojnie wbić do jej małego
blond łebka, żeby przestała się w końcu czepiać mojego stroju. Ale, oh, w
końcu jestem Roksaną. Rzadko kiedy jestem spokojna.
Siostra spojrzała na mnie, po czym podeszła do swojej szafy i zaczęła
przerzucać rzeczy na wieszakach, mrucząc coś w stylu "Co Ty byś beze
mnie zrobiła..." Pokazałam więc język jej plecom. No bo naprawdę.
- Jeśli sądzisz, że założę jedną z tych Twoich...
Zanim dokończyłam, wyjęła krótką czarną sukienkę i zmierzyła mnie wzrokiem i rzuciła:
- Ubieraj się.
Po czym podała mi ubranie i wyszła z pokoju. Przez chwilę skupiłam się
na tym, jak świetnie wyglądały złote dżety na ramiączkach sukienki i że
te kolczyki, które kupiłam w zeszłym tygodniu świetnie by pasowały. Za
chwile jednak przyjrzałam się reszcie i oczy niemal wyszły mi na
wierzch. Nie możliwe, żeby to wdzianko sięgnęło mi dalej niż do połowy
uda. Do połowy! Ja, która zawsze chodziłam w spodniach, miałam nagle
wystąpić prawie bez dolnej części garderoby! Chciałam z powrotem włożyć
spodnie, ale zorientowałam się, że zniknęły. Gdyby mama usłyszała słowo,
którym to skomentowałam chyba by padła trupem. Podeszłam do drzwi z
zamiarem wyrzucenia Patrycji wszystkiego (łącznie z sukienką!) w twarz,
kiedy usłyszałam, że wita się z kimś w dość wylewny sposób. A to
oznaczało, że przyszedł Damian (jej chłopak, z którym już zrywała i
wracała do niego jakieś 50 razy). A to natomiast oznaczało, że nie mogę
tam wyjść w samych majtkach. Niech to szlag! Drżącymi ze zdenerwowania
rękoma wciągnęłam na siebie "małą czarną", obciągając ją jak najdalej
się dało. Nie myliłam się jednak - sięgała mi jakieś 3 cm za pupę.
Świetnie. Pchnięta nagłym impulsem przeszukałam wszystkie szuflady, aż w
jednej znalazłam w końcu czarne rajstopy. Lekko odetchnęłam, po czym
wciągnęłam je na nogi. Ok, może teraz było trochę lepiej. Mniejsze
ryzyko, że wszyscy zobaczą moje majtki z króliczkiem.
"Oddychaj, Roks." - powiedziałam sobie, po czym wyszłam do salonu,
wiedząc, że zastanę tam dwuosobowy zespół sędziowski. Gdy tylko Damian
mnie zobaczył oderwał się od ust Patrycji (łeee!) i zagwizdał cicho.
- No, no, Roks, zaszalałaś.
Wiedziałam, że spiekłam buraka, bo Path uśmiechnęła się tryumfująco.
- Widzisz? Mówiłam, że będziesz dobrze wyglądać.
Nieoderwalna pewność siebie, jak zwykle. Jak moja siostra to robi? Chyba
dopiszę to do listy zawierającej wszystkie "Co ma Path czego ja nie
mam". Nie miałam jednak teraz czasu się dłużej nad tym zastanawiać, bo
moja droga słodka parka zaczęła zbierać się do wyjścia, więc ja też,
chcąc nie chcą, musiałam włożyć botki i płaszcz i wyjść za nimi na
grudniowy zmierzch.
[...]
- Co chcecie do picia?
Zapytał Damian, kiedy usiedliśmy w swojej loży w klubie "Maskavannah" (
wiedziałam to tylko dzięki błyszczącemu neonowi nad wejściem. Bo kto
wymyślił tę głupią nazwę?). Wszystkie miejsca były już praktycznie
zajęte i parkiet taneczny powoli też się wypełniał. Jak widać, mimo
dziwnej nazwy, było to miejsce gromadzące tłumy. W pewnym sensie
odetchnęłam, bo było duże prawdopodobieństwo, że nikt nie zwróci uwagi
na moją (poniekąd) szokującą kreację. W końcu w sali było wiele bardziej
roznegliżowanych (w zimie!) i chętnych do "zabawy" dziewczyn. Może więc
to nie będzie taki zły wieczór.
[...]
"To stanowczo jest bardzo zły wieczór" - pomyślałam po raz kolejny, w
samotności sącząc drinka. Damian i Patrycja już dawno gdzieś wyparowali
(oczywiście twierdząc, że wrócą za chwilę), a ja nie chciałam myśleć, co
mogli teraz robić. Siedziałam więc sama na czerwonej kanapie i
patrzyłam na bawiących się ludzi. Nie raz czułam na sobie prześmiewcze
spojrzenie kogoś z podchmielonego towarzystwa, ale nie zwracałam na nich
uwagi. W końcu byłam mistrzynią w ignorowaniu. Przechyliłam szklankę do
końca, wypijając ostatni łyk alkoholu po czym odstawiłam ją na stolik
stojący przede mną. Dotknęłam dłońmi policzków, bojąc się zastanowić,
jak intensywny odcień czerwieni mają. Pomyślałam, żeby pójść i kupić
sobie jeszcze jednego drinka - w końcu jeden więcej, czy jeden mniej -
bez różnicy. Wstałam więc i bokiem wyszłam ciasną przestrzenią między
sofą a stolikiem. Niestety jednak, 15-centymetrowe obcasy i wódka to nie
jest dobre połączenie, więc nim się obejrzałam, znalazłam się na
podłodze, czując tępy ból w kolanach. Rozległ się cichy śmiech z mojej
prawej strony. Oh ok, może wyglądałam fatalnie, ale jakiś nachlany
nastolatek nie ma prawa się ze mnie śmiać. Zagryzając ze wściekłością
usta wstałam z taką gracją, na jaką było mnie stać i spojrzałam na
zuchwalca, który najwidoczniej chciał zginąć z mojej ręki.
Spojrzałam i utonęłam w najpiękniejszym uśmiechu świata.
[...]
- Przepraszam, czy upadek odebrał Ci zdolność mowy?
Zapytał mnie Pan Bezczelny i Rozbrajający Uśmiech, unosząc z
zainteresowaniem jedną brew. Potrzebowałam chwili, żeby przetworzyć to,
co powiedział, po czym zamknęłam usta (nie mam pojęcia, kiedy je
otwarłam!) i zrobiłam moją "groźną minę", na którą Path zwykle reagowała
wybuchem śmiechu. Pan BiR Uśmiech nadal jednak miał na twarzy ten sam
wyraz zabawnego zainteresowania.
- Jak śmiesz.
Wyjęczałam w końcu, czując, jak krew wzrasta mi do temperatury high.
- Co za kompletny brak wychowania, to wstyd, żeby nazywać Cię mężczyzną!
Warknęłam, specjalnie opierając się o najkruchszy fragment męskiego ego.
Wydanie przez kobietę wyroku, ze facet jest mało męski to prawie jak
kastracja, wiecie... Ciężkie działa. Ale co ja na to poradzę, wkurzył
mnie. Nie odrywałam więc od niego (mam nadzieję, pogardliwego)
spojrzenia, a jego uśmiech ledwo dostrzegalnie się zmniejszył. Jeśli
jednak sądziłam, ze dzięki temu wygram, no to się pomyliłam. I to o
jakieś 100 lat świetlnych. Nigdy bowiem bym się nie spodziewała, że Pan
BiR Uśmiech ukłoni się lekko przede mną i nie powie:
- Proszę o wybaczenie, madame. Ma Pani rację, ze moje zachowanie było niedopuszczalne.
Teraz to już nie miałam otwartych ust. Szczęka po prostu leżała gdzieś
na podłodze, a ja nie zastanawiałam się nad tym, żeby ją szukać. I szlag
trafił moje wyrafinowane tortury. Tymczasem mój jednak bardzo dobrze
wychowany nieznajomy podszedł do mnie i wziął moje dłonie, strzepując z
nich kurz, który pewnie przykleił się do moich ciepłych dłoni, gdy
asekurowałam się przy upadku.
- Mam nadzieję, że nie bolą.
Powiedział, na co ja skinęłam głową, a on strzelił swoim kolejnym
rozbrajającym uśmiechem (który sprawił, że nie zauważyłam nawet, że
wokół nas stoi już mały tłum gapiów).
- Pozwolisz, że zadośćuczynię jakoś swój niecny występek, Panno..?
Teraz nie mogłam już tylko skinąć głową, przełknęłam więc ślinę i powiedziałam cicho:
- Wyszyńska. Roksana Wyszyńska.
- Panno Wyszyńska.
Dokończył, po czym zgrabnie ulokował sobie moją dłoń na swoim ramieniu i
poprowadził mnie przez tłumek ( który rozstąpił się przed nami jak
Morze Czerwone) w kierunku "obszarów gospodarczych", czyli tam gdzie
goście nie mają wstępu. Trochę mnie to zdziwiło.
- Tutaj chyba nie wolno wchodzić.
Zasugerowałam, on jednak skwitował to tylko krótkim uśmiechem.
- Nam wolno.
- Oh.
"Inteligentna odpowiedź, nie ma co, Roks" - warknęłam na siebie. Wciąż
chyba byłam jednak w szoku po upadku i... No ok, tak naprawdę to byłam w
szoku po każdym uśmiechu Pana Wszystko Mi Wolno. Odchrząknęłam.
- Wiesz, nie chciałabym mieć jakiś problemów przez włóczenie się po zakazanym terenie jakiegoś klubu, więc...
- Uwierz, nie będziesz miała żadnych problemów.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem właścicielem tego miejsca. Nazywam się Mikołaj Waliński.
Jedynym, co mogłam z siebie wykrztusić, było kolejne: "Oh!", po czym
zostałam niemal wepchnięta do ogromnego pomieszczenia, w którym jakoś
wszystko przestało mnie interesować.
Dopóki nie poczułam na swoich plecach, tuż powyżej pupy, dłoni Pana Walińskiego.
The story has been written by N. Suavis

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz