niedziela, 8 czerwca 2014

quindecim #


Dzisiaj, tak niestandardowo, zamiast kolejnych rozdziałów "6 feet 2 inches " kilka propozycji moich haiku. Chociaż poetka ze mnie żadna...




Nic mi nie jest.
Po prostu płaczę.
I deszcz bębni o dach.



Idę. 
Gubię się w korytarzach wspomnień 
labiryncie myśli. 



Noc. 
Noc słodka jak to miejsce 
za Twoim uchem.




Miłej niedzieli,
Noctia "Nox" Suavis

wtorek, 3 czerwca 2014

quatuordecim #




Rozdział 3
„With a bang!”

Kolejny dzień mógłby nosić miano „Wielkiego Dnia Jakim-Cudem-Ty-Do-Cholery-Jedziesz-Do-Francji”. Kaśka, podniecona moim wyjazdem chyba bardziej niż ja, o ile to fizycznie możliwe, zasypywała mnie gradem pytań i informacji, a ja… Cóż. Ja słuchałam.
Głównie dlatego, że z nas dwóch, to ona była bardziej obyta i przyjacielska, a ja zwykle paliłam nowe znajomości po wymianie kilku zdań. Ale czy to moja wina, że ludzie byli aż tak irytujący? Miałam bardzo mało cierpliwości dla rzeczy, które mnie denerwowały.
Tak więc pozwoliłam porwać się fali przemowy Katarzyny Anny Rej: „Jeśli czegoś nie zrozumiesz, uśmiechaj się.”, „Jeśli kogoś nie polubisz, uśmiechaj się szerzej i podrywaj chłopaka tej zdziry.”, „Nie mów ludziom, że wyglądają jak bakłażan przetrawiony przez Twojego psa.”, „Nie łącz pasków z kratką.”, „Jeśli idziesz trenować, to w jakichś fajnych, obcisłych ciuchach, a nie w tych Twoich dresach. Niech te suche modelunie napatrzą się na zgrabne ciało.”, „Pokazuj cycki, ale z klasą.”, „Nie mów o tym, że trafiasz z łuku, wiatrówki i tego małego pistolecika w jaja komara z odległości pięciu metrów.” I przede wszystkim: „Widząc przystojnego modela, wyrywaj go tak, jak ja bym to zrobiła.”
Mój mózg za chwilę miał rozpocząć proces samozapłonu od tych ratujących życie rad.
Ale tak w głębi serca myślałam o tym, jak strasznie będzie mi brakować mojej rozwrzeszczanej, roześmianej, samozwańczej bliźniaczki. Ona była ze mną odkąd w podstawówce, prawie pobiłyśmy jedną dziewczynę o to, że nazwała Harry’ego Pottera głupim okularnikiem i nie mogłam wyobrazić sobie życia bez niej, chociaż obie zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że im będziemy starsze, tym bardziej nasze życiowe drogi mogą się rozchodzić.
Powtarzałam sobie jednak, że na razie mój wyjazd będzie jak wakacje i niedługo znów będziemy mogły się zobaczyć. Powtarzałam sobie to nawet, gdy ze łzami w oczach wtuliłam się w jej ramiona ponad moją na wpół spakowaną walizką.
Właśnie wraz z wujkiem wróciłam z cmentarza, gdzie pożegnałam się z mamą i szykowaliśmy się do wspólnego obiadu z Rejami, gdy zadzwonił mój telefon. Napis na wyświetlaczu mówił mi, że dzwoni „numer zastrzeżony”.
Dzięki za informację, operatorze.
Przeprosiłam i odeszłam od stołu, niepewnie wciskając zieloną słuchawkę.
- Słucham?
- Witaj, córeczko.
Nogi prawie się pode mną ugięły, gdy usłyszałam to słowo.
- Myślałam, że nie pamiętasz, że jestem Twoją córką.
Usłyszałam zrezygnowane westchnienie po drugiej stronie i to wkurzyło mnie jeszcze bardziej. No bo naprawdę, jakim prawem on zadzwonił do mnie wtedy, kiedy wreszcie coś dobrego wydarzyło się w moim życiu po tylu cierpieniach, które musiałam znosić, również przez niego?
- Rozalia, daj spokój. Jesteś już duża i powinnaś zrozumieć…
„ON TAK SERIO!?” – krzyknęłam w myślach.
Przerwałam mu, zanim zdążył się rozkręcić.
- Wiesz co, nie mam już ani ochoty, ani zamiaru starać się Ciebie zrozumieć. Tamtego dnia, kiedy zostawiłeś mnie umierającą w salonie, straciłeś córkę. Czyż to nie jest to, czego chciałeś? Już nie musisz się nikim przejmować i nikt nie będzie Cię drażnił podobieństwami do mamy. Życzę Ci szczęścia, tato. To ostatnia rzecz, jaką mam Ci do powiedzenia.
Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się i schowałam telefon do kieszeni szortów, a moje gardło zacisnęło się, sprawiając, że musiałam wziąć kilka szarpanych oddechów. Przysiadłam na schodach, potrzebując trochę czasu, żeby się ogarnąć, zanim wrócę do stołu.
Oparłam łokcie o kolana i ukryłam twarz w dłoniach, ale, ku mojemu zaskoczeniu, nie czułam rozpaczy, a łzy nie popłynęły z moich oczu. Choć może dziwnie to zabrzmi, poczułam swego rodzaju ulgę. Może dlatego, że zawsze byłam bliżej z mamą niż z tatą. Jako emerytowany wuefista, ojciec zawsze był dla mnie bardziej trenerem niż rodzicem. Od małego, odkąd potrafiłam wykonywać jego komendy, uprawiałam tak wiele dyscyplin sportu, ile mogłam wytrzymać. Bieganie, pływanie, biathlon, snowboarding, łucznictwo, siatkówka, ręczna. Byłam sportowym robotem swojego ojca. I nie chodzi o to, że czułam żal – bo nie czułam. Kochałam to. Kochałam tą dawkę adrenaliny, ból mięśni, przezwyciężanie słabości, euforię wygranej. To było świetne. Ale to powinno należeć do moich trenerów, a tata powinien być, no cóż, tatą. Powinien ostrzegać mnie przed chłopcami. Zakazywać oglądania filmów dla dorosłych. Martwić się o moje oceny. Czy mój ojciec robił którąkolwiek z tych rzeczy? Tak długo, jak wygrywałam kolejne turnieje, nic innego nie miało znaczenia.
To mama cieszyła się ze mną z piątki z historii. To mama pilnowała, bym zachowała kobiecą sylwetkę i ona zakazywała zbytniego eksponowania ciała. To ona pocieszała mnie czekoladą, gdy płakałam, mając złamane serce. Może to właśnie dlatego stratę mamy odczułam jako stratę rodzica, a odejście taty, jako coś w rodzaju zwolnienia z pracy.
Albo może dlatego, że byłam popieprzona i upośledzona emocjonalnie.
Moje zawiłe rozmyślania przerwało niskie chrząknięcie. Podniosłam głowę i mój wzrok od razu skupił się na opierającym się o ścianę Kubie.
Naprawdę ciężko byłoby go nie zauważyć nawet w zatłoczonym klubie.
Miał na sobie rozciągnięty, biały podkoszulek, który zwisał luźno na jego umięśnionych ramion ( nawet nie miałam pojęcia, jak granie na PlayStation rozwija muskulaturę), obcięte jeansy i bose stopy, a jego kruczoczarne włosy miały idealnie nieidealny wygląd. I nawet jeśli jego siostra była siostrą również dla mnie, to Kuby nigdy nie traktowałam jako brata. Był na to za gorący.
Ale kojarzycie ten męski tekst z filmów czy książek, kiedy to facet mówi, że nigdy nie poderwie siostry przyjaciela? Miałam bardzo podobne podejście, więc chociaż kuszący jak tona czekolady, Q był dla mnie zakazanym owocem.
- Mama woła Was trzy na obiad.
Zmarszczyłam lekko brwi. Widzicie, byłam już tak przyzwyczajona do jego boskiego wyglądu, że mogłam na niego marszczyć brwi. Byłam z tego niesamowicie dumna.
- Nas trzy?
Błysnął uśmiechem, który mógłby oświetlić całą Polskę.
- Mhm, Ciebie i Twoje koleżanki.
Przy ostatnim słowie zrobił ten sugestywny ruch rękoma przy swojej klatce piersiowej i skinął głową w moją stronę. Momentalnie zerknęłam w dół i przekonałam się, że moje piersi bardzo daleko wysunęły się za dekolt czarnej bokserki, mówiąc Kubie i całemu światu radosne „Hej Tobie!”.
Dzięki Bogu, że byłam przyzwyczajona i do facetów gapiących mi się na cycki, i do Kuby gapiącego mi się na cycki, bo tylko dzięki temu nie zaczerwieniłam się jak burak i mogłam w miarę spokojnie spojrzeć w oczy Panu Ha-Ha-Hi-Hi.
Podniosłam się i stanęłam tuż przed nim, po czym przesunęłam palcem wskazującym przez jego klatę i brzuch.
- Chyba powinieneś wyprowadzić teraz swojego kolesia na spacer, Q, bo pewnie rwie się na wolność po tym, co zobaczyłeś – szepnęłam z lekkim uśmiechem i odwróciłam się, chcąc pójść do jadalni, kiedy chłopak chwycił mój nadgarstek. Moje spojrzenie od razu wróciło do jego twarzy i naprawdę nie chcę myśleć o tym, co zobaczyłam w jego oczach.
- Pewnego dnia to Ty go weźmiesz na spacer.
Wyszczerzyłam się.
- Pewnego dnia.
Oddał uśmiech i puścił moją rękę, a ja prawie w podskokach pobiegłam do czekających na mnie Rejów i wujka, którzy już jedli najlepszą pomidorową a’la Pani Marysia.
Jakie pierwsze słowo przychodzi Wam na myśl, kiedy myślicie o tym flirtowaniu z bratem przyjaciółki, kiedy znacie moje zasady?
Zdzira? Puszczalska? Kokietka?
Ja sama mogłabym się nimi opisać, ale wiecie, tak naprawdę było mi wszystko jedno.
Bo chociaż wciąż byłam tą samą osobą, z tymi samymi zasadami, to zmieniła się jedna, zasadnicza rzecz. Właśnie miałam zacząć nowe życie i chciałam je zacząć, jako nowa kobieta. Bo każdy nowy krok trzeba wykonać z przytupem.

Rozdział 4
„City of Love”

- Będziesz dzwonić? Pisać? Skypować? Przyślesz mi pocztą jakiegoś modela?
Stałyśmy na lotnisku, obejmując się jak dwa pnącze bluszczu, a Kaśka nie przestawała mówić, żeby, jak wiedziałam, powstrzymać łzy. A wiedziałam to, bo robiłam dokładnie to samo, z dokładnie tego samego powodu.
Spędziłyśmy jakieś trzy godziny, żeby zrobić to, co kochałyśmy – umalować się, ubrać i uczesać tak samo. Przy okazji dostałam szybki kurs, jak zrobić się na bóstwo dla tych „francuskich ciasteczek”, kiedy mojej osobistej stylistki nie będzie w pobliżu.
Skończyłyśmy więc w białych Converse’ach, rozkloszowanych mini-spódniczkach w kwiatki, białych koszulach z podwiniętymi rękawami, czerwonymi ustami i pofalowanymi włosami.
Wyglądałyśmy, jak bliźniaczki. Dosłownie. To był nawet dowcip naszych mam, że gdy robiłyśmy tę naszą siostrzano-bliźniaczkową rzecz, to można nas było rozpoznać jedynie po oczach – moje były koloru gorzkiej czekolady, tak ciemne, że prawie czarne, a Kasi były złoto-żółte, jak miód albo rozpuszczone słońce. Albo, jakby była z rodziny Cullen’ów, ale jeśli nie chcecie dostać w zęby, to nigdy jej tego nie mówcie.
Jako jedynaczka kochałam uczucie tej więzi. Myślę, że każda nastolatka tak ma, że traktuje swoją BFF bardziej jako część siebie, niż jako drugą osobę.
Po tym nie-mogę-płakać-bo-zniszczę-makijaż pożegnaniu, przytuliłam resztę Rejów ( Q dał mi specjalny uścisk z jego ręką na moim tyłku i szeptanym przypomnieniem,że „pewnego dnia”… ) i, po przejściu wszystkich wymaganych i jakże nudnych lotniskowych procesach, wsiadłam do samolotu i ściskając wujka za rękę, wzbiłam się w powietrze w podróż do Paryża.
- Witamy w Paryżu. Czas lokalny to 5:30 po południu, brak zachmurzenia, temperatura powietrza wynosi 73.4 oF*. Dziękujemy za wybranie naszych linii.
Takie powiadomienie po angielsku i francusku rozległo się, gdy pasażerowie zaczęli wstawać ze swoich miejsc, zadowoleni, że w końcu dolecieli do miejsca docelowego. Ja byłam tak zmęczona zmianą ciśnienia albo innym gównem, że szłam po prostu za wujkiem, który rozmawiał z kimś przez telefon, jak zombie. Otrząsnęłam się dopiero, gdy wsiedliśmy do taksówki i wreszcie mogłam zacząć podziwiać te słynne paryskie uliczki, tłumy ludzi mijających się w biegu, turystów z aparatami na szyjach.
Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w szybie samochodu, czując motyle latające wewnątrz mojego brzucha, gdy wreszcie wujek skończył rozmowę i odezwał się do mnie.
- Podekscytowana?
Pokiwałam głową.
- Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę, że mogę tu być. Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować, Roséole. Ja również się cieszę, że tu jesteś, a Vivi jest tym wręcz zachwycona.
Jedna z moich brwi wygięła się w górę.
- Vivi?
- Oh, tak. Vivian, no wiesz, moja żona.
Prawie walnęłam się dłonią w czoło. Kompletnie zapomniałam, że wujek ma żonę i że ona pewnie będzie chciała poznać jedyną bratanicę męża. Ja i mój geniusz pozdrawiamy świat.
- Ja również cieszę się, że ją poznam – powiedziałam, mając nadzieję, że nie brzmiałam na tak zdenerwowaną tą perspektywą, jak naprawdę byłam. Czy ta kobieta w ogóle znała angielski? Bo ja oczywiście będąc we Francji po francusku umiałam jakieś pięć słów.
Westchnęłam, zdając sobie sprawę, że nie wszystko pójdzie tak łatwo, jak się na początku wydawało.
Nie wiem, czy orientujecie się w mapie Paryża, czy jesteście w tej sprawie kompletnymi ignorantami, jak na przykład ja, ale myślę, że kiedy wspomina się 16. Dzielnicę Paryża, każdy czuje pewien respekt przed mieszkającymi w tym miejscu sekstylionami euro. Wyobraźcie więc sobie moją minę, kiedy dowiedziałam się, że to będzie moje miejsce zamieszkania przez następne kilka tygodni lub miesięcy, a z okna będę miała widok na Lasek Buloński.
Moja szczęka leżała na ziemi.
Ale oczywiście z zewnątrz wyglądałam jak najbardziej spokojnie, kiedy weszłam do hallu pięknej, starodawnej kamienicy i pojechałam windą na trzecie od końca piętro. A przynajmniej miałam nadzieję, że wyglądam spokojnie.
Wujek Leon witał się natomiast z mijającymi nas ludźmi, jak z przyjaciółmi, uśmiechał się i odpowiadał grzecznie na pozdrowienia służby. Rozpoznawałam ich głównie po eleganckich uniformach, bo w zachowaniu niczym nie ustępowali swoim pracodawcom.
Poza tym, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Czułam się trochę tak, jakbym była pieskiem, którego wujek właśnie kupił, ale ten był za brzydki nawet na pogłaskanie po głowie. Cóż, to był cios dla mojego ego.
To wrażenie minęło dopiero, gdy weszliśmy do pomieszczenia, które musiało być apartamentem wujka. Ponownie musiałam przybrać ultra obojętny wyraz twarzy, ale tak naprawdę nie miałam czasu zachłysnąć się bogactwem wystroju, ponieważ już w drzwiach przywitał nas sobowtór Debbie Reynolds. Kobieta miała natapirowane blond włosy, jadeitowo zielone oczy i najbardziej promienny uśmiech, jaki w życiu widziałam. Zaczęła szczebiotać po francusku, ale minęła wujka z machnięciem ręki i ucałowała mnie mocno w oba policzki. Byłam tak zaskoczona, że na początku nie wiedziałam jak zareagować, również dlatego, że nie rozumiałam ani słowa z tego, co powiedziała. W końcu wujek ze śmiechem powiedział kilka słów, z których zrozumiałam jedynie „Vivi” i energetyczna blond bomba powiedziała do mnie, już po angielsku:
- Oh, wybacz dziecko, zupełnie zapomniałam, że nie znasz francuskiego!
Żal malujący się na jej pooranej zmarszczkami twarzy był tak szczery, że musiałam się uśmiechnąć.
- Oczywiście, że nie, wszystko w porządku. Bardzo miło mi Panią poznać.
Słysząc moje słowa, na mnie również machnęła ręką.
- Jaką „panią”, jestem Twoją przyszywaną ciotką, możesz mnie nazywać Vivi, jak wszyscy.
Kiwnęłam głową na zgodę, a w zamian zostałam zaprowadzona do stolika, na którym leżały ciasteczka i kawa. Usiadłam, Vivi obok mnie, a wujek naprzeciwko i zaczęliśmy rozmawiać, o wszystkim i o niczym. O tym, jak dzielnie poradziłam sobie po stracie rodziców, że będę nieocenioną pomocą dla „tego niedorajdy”, jak Vivian określiła wujka, że Francja na pewno spodoba mi się tak, że nie będę chciała wyjeżdżać, i że zapewne tabun Francuzów będzie się starał o moją rękę.
W tym niesamowitym mieście, pięknym domu i w otoczeniu tak życzliwych ludzi, poczułam się, jakby wszechświat w końcu zdecydował, gdzie jest moje miejsce.
Vivian biegała wokół mnie jak matka-kwoka, wciąż pytając, czy nie jestem głodna, albo czy czuję się dobrze.
Była świetną kobietą i tak wygadaną, że po chwili dowiedziałam się, że była 3 lata starsza od wujka (czyli miała 56 lat), że przez całe życie nieskutecznie starała się o dziecko, że jej pierwszy mąż był złodziejem i oszustem, podobnie drugi i trzeci, i dopiero wujek Leon sam potrafi zarabiać pieniądze, że jako młoda kobieta występowała w teatrze, a potem zajęła się hodowlą koni, które od zawsze kochała i teraz posiadała kilka stadnin, z których najbliższa znajdowała się niecałe pięć kilometrów pod Paryżem oraz, że jej siostrzenica za pół roku bierze ślub z jednym z modeli, który zrobił karierę dzięki Malinowski Art Photography Agency** (w skrócie MAPA).
W momencie, kiedy o tym wspomniała, przypomniałam sobie, jak wujek wspominał, że to właśnie z tą parą będziemy pracować. Kiedy zapytałam o to Vivi, potwierdziła moje przypuszczenia.
- Fleur jest prześliczną dziewczyną, a Laider zawodowym modelem, dlatego będą świetnie wyglądać na plakatach reklamowych. Poza tym, to świetna pora, by zrobić zdjęcia w naszym ville de l'amour*** parze zakochanych. Przyroda jest teraz w rozkwicie, tak jak ich miłość.
Zaczęła chichotać jak szesnastolatka, która przeżywa swoje pierwsze zauroczenie i ten obrazek był tak uroczy i prawdziwy, że ja również zaczęłam się śmiać i skończyło się na tym, że wciąż chichrałyśmy się jak po dawce trawki, kiedy rozpakowywałyśmy moją walizkę w mojej komnacie (bo aż grzech nazwać to pomieszczenie pokojem).
W chwili, kiedy wyjęłam oprawione w jedną ramkę zdjęcia moje i Kaśki, moje i Q oraz całej naszej paczki razem, łzy zakuły mnie w oczy. Dopiero wypłakiwałam się w ramię przyjaciółki, martwiąc się, jak poradzę sobie sama w wielkim świecie, a teraz, proszę. Cieszyłam się czasem spędzonym z przyszywaną ciotką. Zaczynało mnie to bawić i irytować jednocześnie, jak bardzo rozchwiana emocjonalnie jestem, ale zwaliłam to wszystko na burzę hormonów w moim ciele. Nie chciałam się zamartwiać. Jak to zwykła mówić moja mama „carpe diem”. Miałam więc zamiar chwycić go za nogi i wyciągnąć z tego jak najwięcej się da.






_______________________________
* Jako międzynarodowy komunikat, wygłoszony po angielsku, podana jest godzina i temperatura zgodnie z tym, jak podaje się ją w UK, czyli system 12-godzinny i stopnie Fahrenheita :) była więc 17:30 i 230C.
** Agencja Fotografii Artystycznej
*** z fr. miasto miłości





                                                                 *** Od Autora ***
W tym miejscu chciałabym wyjaśnić pewną rzecz. Jak już wszyscy zarejestrowali, akcja przeniosła się do Paryża, gdzie oczywiście wszyscy używają francuskiego, bądź międzynarodowego angielskiego, więc, chociaż będę pisała po polsku, miejcie na uwadze to, że bohaterowie rozmawiają ze sobą w tych dwóch językach, jedynie Leon i Roza czasem będą korzystać z polskiego, a kiedy pojawi się Laid, wprowadzimy jeszcze jego irlandzkie odzywki. To takie wyjaśnienie mając na uwadze dobro psychiczne tych, którzy nie nadążają za moim tokiem rozumowania  Oczywiście przy słowach, które specjalnie podaję nie po polsku, jak np. nazwa własna MAPA, wciąż będę dodawać przypisy. To tyle, dziękuję. Nox ∞






Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi