piątek, 24 stycznia 2014

octo #

Wiem, że wiele osób będzie chciało mnie zabić za tą końcówkę, ale... Cóż, najwidoczniej na starość robi się ze mnie sadystka :)
A w ogóle, to w końcu wpadłam na odpowiedni tytuł. Tak więc dziś, premierowo, zapraszam na kolejną część historii "Undressed".
+ Pisząc tą część w tle grała mi jedna piosenka:
ferme les yeux
et... 

http://www.youtube.com/watch?v=a2_ss9y-VjE


"UNDRESSED" PART    IV


Minęło około pół godziny, odkąd Marie opuściła klub i weszła do swojego mieszkania, starając się skupiać jedynie na tak mechanicznych czynnościach, jak chodzenie. I może oddychanie.
 Tam do diabła, z tym ostatnim też miała problem, odkąd niecałe dwie godziny temu jej sadystyczny wykładowca zostawił ją z miękkimi kolanami i rozgotowanymi szarymi komórkami. To, że po tym wszystkim dała radę dostać się do domu było nie lada wyczynem.
 Z głębokim postanowieniem zaprzestania katowania siebie ( ok, nawet jej ciężko było uwierzyć w to kłamstwo..) wyobrażeniami o Williamie ( o Boże! zaczyna nazywać go po imieniu w myślach!) i tej jego gdy-w-Ciebie-wejdę gadce, skierowała się do łazienki, by zmyć z siebie trudy dnia.
 Stojąc pod gorącym strumieniem wody, jej ciało wreszcie się rozluźniło, a myśli zamglił ciężki, słodki zapach waniliowego płynu do kąpieli. Poczuła się na tyle odprężona, że zaczęła nawet nucić pod nosem piosenkę zasłyszaną w klubie.
 Jej mini koncert został jednak przerwany głośnym dźwiękiem "Wanted dead or alive" dochodzącym z jej komórki i oznajmiającym połączenie.
 " Kto, do cholery, dzwoni o tej porze?" - pomyślała, skołowana i wkurzona, że ktoś bezczelnie przerywa jej chwile relaksu.
 Wyszła szybko spod prysznica, nie zważając na wodę skapującą z całego jej ciała i z długich, czekoladowo-brązowych włosów.
 Chwyciła telefon, chwilę wahając się przed naciśnięciem zielonej słuchawki, ponieważ napis na ekranie głosił: "numer zastrzeżony". A co, jeśli to jakiś zboczeniec z klubu dostał jej numer i będzie ją prześladował? Słyszała już wiele takich historii, zbyt wiele... W końcu jednak ciekawość Lawson'ów zwyciężyła. Szybko wcisnęła klawisz.
 - Halo?
 - Queridisima. A już myślałem, że nie odbierzesz.
 "Oh." - uspokoiła się. - " W porządku. To tylko mój zboczeniec."
 Hej, zaraz.
 Nie w porządku.
 Nie "mój zboczeniec".
 - Panie... William? - zapytała, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dalszym tytułowaniem go per "pan". Chyba nie chciała go wkurzać, ale schowała to w czeluściach podświadomości.
 - No doprawdy, Maria, jestem gotów pomyśleć, że tak wielu mężczyzn miało do Ciebie zadzwonić, że o mnie zapomniałaś. To źle wpływa na moje ego.
 "Jakby Twoje ego nie było dość wielkie" - przemknęło jej przez myśl. Zamiast tego powiedziała jednak:
 - Nie...To znaczy, nie, nie zapomniałam. Chodzi o to, że miałeś zadzwonić...
 Jutro. Plasnęła się otwartą dłonią w czoło. Powiedział to dzisiejszej nocy, ale przed północą. Teraz zegar wskazywał pewnie coś około 1:00.
 - Nie spodziewałaś się, że odezwę się tak szybko?
 - Szczerze mówiąc, to nie.
 - Nie należę do ludzi cierpliwych.
 - Zauważyłam - mruknęła gorzko, na co odpowiedział jej śmiechem.
 - Ciesz się, że wytrzymałem aż tyle. Chciałem zadzwonić minutę po północy, ale stwierdziłem, że pewnie będziesz wracać do domu i nie chciałem się narzucać.
 - Jakiś Ty uprzejmy...- zwracanie się do niego na "Ty" miało plusy, jak właśnie zauważyła. Wygodniej z kogoś drwić, jeśli nie trzeba sobie ciągle przypominać, że stoi wyżej w drabinie społecznej niż Ty. - Ale miałeś rację, dopiero weszłam do domu.
 - Oh. I co teraz robisz?
 Zerknęła na siebie w lustrze. Jej otoczone parą ciało wciąż było mokre, tak jak włosy, a policzki miała zarumienione od gorącej wody. W każdym bądź razie wmawiała sobie, że to od wody.  Powachlowała się energicznie otwartą dłonią, bo nagle zrobiło jej się duszno.
- Em… Jestem.. um, byłam w trakcie prysznica, kiedy zadzwoniłeś.
Wyrzuciła to z siebie jednym tchem.
Nie wiedziała, czemu powiedzenie mu tego było takie trudne.
- Chcesz powiedzieć, że w trakcie tej rozmowy jesteś naga i mokra?
Ok, wiedziała, czemu powiedzenie mu tego było takie trudne.
-Tak? – szepnęła, nie wiedząc czemu nadając słowu intonację pytania.
Usłyszała, jak zaszumiał jego oddech, gdy zbierał się do odpowiedzi.
- Nie wiem, czy uważać Cię za szczęściarza, że rozmawiam z Tobą, gdy jesteś w takim stanie, czy za jeszcze bardziej cholernego pechowca, że mnie tam nie ma.
U-oh.
Ona też nie wiedziała. Kiedy jednak jej dłoń mimowolnie skierowała się od linii obojczyka, sunąc przez piersi i brzuch, a następnie muskając biodra, w jej ustach odpowiedź uformowała się sama.
- Stawiałabym na pechowca.
Oczekiwała natychmiastowej riposty, komentującej jej śmiałe sugestie, usłyszała jednak dźwięk rozbijanego szkła, głuchy odgłos uderzenia i stłumione przekleństwo w obcym języku. Błyskawicznie stała się czujna.
- William? Wszystko w porządku?
- Tak, tak, ja tylko… Ok, rozlałem na siebie drinka, rozciąłem wargę o szklankę, która wypadła mi z ręki, a gdy chciałem ją złapać, uderzyłem o kant stolika.
Mimo, że zabrzmiało to trochę drastycznie, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Chichotała jak wariatka.
- Ja tu wyglądam i czuję się jak siedem nieszczęść, a Ty się śmiejesz? – zapytał oburzonym głosem, ale wiedziała, ze tylko udawał. Mogła sobie wyobrazić, jak zaciska te swoje piękne usta w obronie przed uśmiechem.
- Wiesz, to jest trochę zabawne, że teraz Ty też jesteś mokry… przeze mnie – wydusiła z siebie i znów zachichotała cicho.
- Nie muszę się niczym oblewać, żeby być przez Ciebie mokry, mi linda.
Natychmiast przestała chichotać. Jak to się działo, że zdumiewał ją tak często, pojedynczym słowem, gestem? Powinna się już przyzwyczaić , ale z drugiej strony, nie wiedziała o nim więcej niż cztery dni wcześniej.
Zaraz, zaraz… Środa była tylko cztery dni temu? Wydawała się być oddalona o lata świetlne.
- Maria?
- Tak?
- Zaniemówiłaś?
- Troszeczkę.
Z słuchawki dobiegł śmiech.  Brzmiał pięknie, nisko i głęboko, jak najniższe dźwięki gitary.
- Wybacz, jeśli Cię zszokowałem.
- Nie, nie, to tylko.. Nie chodzi… Oh, już sama nie wiem, o co chodzi.
W jej głosie musiało być coś niepokojącego, bo zareagował natychmiast.
- Dlaczego nie wiesz o co chodzi? Co się stało?
Zwlekała z odpowiedzią, co oczywiście nie spodobało się Panu Niecierpliwemu.
- Maria, mów do mnie.
Zanim zdołała cokolwiek wyartykułować, po raz kolejny spojrzała na swoje odbicie. Tym razem nie wyglądała na tak rozgrzaną, jak poprzednio. Wręcz przeciwnie, kolory odpłynęły jej z twarzy, a prawie czarne tęczówki patrzyły niepewnie. Na rękach poczuła gęsią skórkę, bynajmniej nie spowodowaną chłodem.
- W ogóle się nie znamy, William. Spotkaliśmy się niecały tydzień temu na uczelni, a już chcemy porzucić relacje naukowe na rzecz sama nie wiem czego, a to nie jest to, co zwykle robię. Serio.  Znam przystojnych facetów i znam przystojnych facetów, którzy są lub byli mną zainteresowani. Ale żaden z nich nie jest jak Ty, myślenie o żadnym z nich nie sprawia, że jestem… jestem taka…
- Jaka?
- Podniecona. I pełna obaw. Boję się wszystkiego, co mogłoby być  związane z Tobą, z nami razem – przestąpiła z nogi na nogę. – Widzisz? Jestem kretynką, skoro samo wyobrażanie sobie Ciebie i tego, co mógłbyś robić doprowadza mnie do… obłędu. – Albo innego słowa na „o”, ale tego już nie dodała. Wystarczająco skompromitowała się swoim niedojrzałym i niepewnym podejściem do, hmm, stosunków, które mogłyby ich łączyć. Teraz tylko czekała na werdykt. Spodziewała się czegoś w stylu „Pomyliłem się co do Ciebie” albo „Poszukam kogoś lepszego”.
- Będę u Ciebie za 15 minut.
Ooo.
Ok, tego się w ogóle nie spodziewała.
- Co proszę?
- Słyszałaś. Będę tam za kwadrans. Bądź gotowa.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozłączył się. Spojrzała na telefon tak, jak się patrzy na kanapkę znalezioną w torbie po 2 tygodniach.
„Będę za 15 minut, bądź gotowa.” – Gotowa? Ale na co? „Będę za 15 minut…”
15 minut.
Cholera.
15 minut.
Podskoczyła jak oparzona, po czym jednocześnie zaczęła się wycierać, szukać suszarki do włosów i myć zęby. Nie mogła mu się przecież pokazać, jak stała. Dzięki Bogu, że przez nawyk zbyt późnego wstawania stała się mistrzynią błyskawicznego doprowadzania się do poziomu: człowiek.
Kiedy wreszcie, skończywszy ze sobą, stanęła przed lustrem, jej włosy układały się w naturalne fale, rzęsy, pociągnięte tuszem, rzucały dzień na samoistnie zaróżowione policzki, czarna bokserka opinała piersi (całkowicie przypadkowo nie osłonięte stanikiem), a sportowe, szare szorty kontrastowały z jej ciemną karnacją. Chciała sprawiać wrażenie wyluzowanej i zadowolonej, ale kogo chciała oszukać. Nie była ani wyluzowana, ani zadowolona. Chociaż serce biło jej troszkę za szybko jak na samo zdenerwowanie.
Zerknęła na zegarek.
Teoretycznie zostało jeszcze 2 minuty do jego przyjazdu, ale przecież mógł się spóźnić. Utknąć w korku. Mieć wypadek. Zrezygnować…
Podskoczyła na dźwięk dzwonka do drzwi. Przez chwilę stała nieruchomo, ale gdy sygnał się powtórzył, wyszła wolnym krokiem z łazienki i, jak skazaniec idący na egzekucję, przeszła przez krótki  korytarz i zwolniła zamek w drzwiach. Nie nacisnęła klamki. On to zrobił.
Zrobiła krok w tył, gdy pojawił się w przejściu. I nagle, wręcz fizycznie poczuła, jak znika jej strach. Bo jak można się bać mężczyzny o oczach anioła?
Widząc go na uczelni czy w klubie, nie zwracała uwagi na to, jak wiele miejsca zajmuje jego wysoka sylwetka, wspierana przez onieśmielającą aurę mężczyzny, jednak w jej małym mieszkaniu nagle zabrakło przestrzeni.
Nie odrywał wzroku od jej twarzy. Chciała coś powiedzieć, ale nie po raz pierwszy w jego obecności zabrakło jej języka w buzi. Tym razem było o tyle inaczej, że niebyła osamotniona, bo jedynym słowem, jakie wyszeptał William było: „Linda”.  A potem, zatrzasnąwszy drzwi nogą, w dwóch szybkich krokach zniwelował dzielącą ich odległość i sięgnął do niej, jedną ręką łapiąc ją za biodro, drugą zaś wsuwając we włosy, i przyciągnął do siebie, tak, że jednym wyjściem Rie było chwycenie się jego mocnego ciała, zanim jego usta opadły na jej.
Nie był to jednak typowy, poznawczy pierwszy pocałunek, wolny i niezręczny. Nie z takim mężczyzną jak William.
Jego wargi od razu natarły na jej, głębokimi, posuwistymi ruchami próbując ją nakłonić na pozwolenie wtargnięcia do środka. Pozwoliła na to, bo nie miałaby siły zrobić nic innego, ale to nie tak, że żałowała. Nie, gdy jego giętki język tańczył w jej ustach zmysłowe tango, zapierając jej dech w piersiach. W końcu nie wytrzymała jednak tej bierność i podczas jednego z jego krótkich wycofań, chwyciła zębami jego dolną wargę w miejscu, gdzie czuła małe zgrubienie, powstałe w wyniku zderzenia ze szklanką, jak się domyślała.  Ten spontaniczny ruch wywołał u niego niski jęk, który usmażył resztę szarych komórek, jakie do tej pory uchowały się w jej mózgu.
Chociaż to była ostatnia rzecz jakiej chciała, po chwili William odsunął się od niej na kilka centymetrów. Jednak równie dobrze mogłaby to być szerokość kanału La Manche.
Dopiero teraz poczuła, że jedna z jego dłoni zawędrowała na jej pupę, a drugą chwycił jej włosy tak mocno, że pewnie część wyrwał. Ona jednak nie pozostała mu dłużna, ciągnąć jego biodra do siebie za elegancki, skórzany pas i plątając palce w przydługich, kruczoczarnych kosmykach.
Żadne z nich nie wydawało się mieć ochoty na zmianę pozycji, kiedy uspokajali oddechy po powitalnym zaje-ultra-bistym pocałunku. Kiedy jednak cisza zaczęła się przedłużać, Rie  postanowiła się odezwać.
- Jesteś lepszy niż w moich wyobrażeniach, a nie sądziłam, że to możliwe, bo jak chcę, to potrafię być cholernie kreatywna.
Uśmiechnął się, a stojąc tak blisko, mogła dostrzec dołeczek w jego lewym policzku, gdy to zrobił. „O Boże, ten facet nie może być bardziej idealny” – pomyślała w swoim przymuleniu.
- Cieszę się, że podołałem.
- Ja też. Inaczej znalazłbyś się za drzwiami.
Uniósł brwi, jakby go to oburzyło, ale usta ciągle wyginał mu uśmiech. Musiała odpowiedzieć mu tym samym, walcząc z pokusą, by nie polizać jego policzka w miejscu, gdzie robiło mu się wgłębienie.
- Oh, mam się bać?
- Każdy przy zdrowych zmysłach by się wystraszył, zrezygnował. A Ty przyjechałeś.
Jego oczy momentalnie ściemniały, gdy zrozumiał, do czego nawiązuje.
- Naprawdę nie rozumiem, czego się boisz, Maria. Powstrzymuje Cię tylko to, że znamy się tak krótko?
Nie mogąc znieść jego spojrzenia, posyłanego spod zmarszczonych brwi, wyplątała się z jego objęć i ruszyła w stronę małego salonu. Wiedziała, ze pójdzie za nią. Stając tak, że oddzielała ich sofa, ponownie spojrzała na niego. Na mężczyznę, którego naprawdę pragnęła, desperacko i trochę bezmyślnie. Wypuściła oddech i zacisnęła pięści, jakby przygotowywała się do walki. Co w sumie nie było dalekie od prawy.
- Nigdy nie.. zbliżyłam się z nikim, z kim nie byłam w związku. A tym bardziej z kimś prawie nieznajomym. A już na pewno nie z kimś, kto jest moim profesorem! – nie zwróciła uwagi, jak w jego szczęce zadrgał mięsień, gdy zacisnął zęby słysząc to. – I mimo, że Cię pragnę, to po prostu nie widzę sposobu, w jaki by to miało zadziałać. – No i proszę, powróciły wszystkie jej obawy, w całej swej wątpliwej chwale. – No, chyba, że chodzi Ci o jednorazową przygodę, do której mamy dziś odpowiednie warunki – dorzuciła na wydechu, z nutą goryczy w głosie i zwilżyła językiem wargi, które wyschły w czasie tego monologu. Przez chwilę żadne z nich znów się nie odzywało.
„No serio, milcząca z nas parka” – pomyślała Rie cynicznie. Tym razem to nie ona była tą, która przerwała ciszę.
- Co mam zrobić?
Szczęka troszkę jej opadła.
- Ale…
- Żadnych „ale”, Maria. Powiedz mi, co mam zrobić, żebyś dała mi jakąkolwiek szansę? Odejść z uczelni? Zabrać Cię na randkę? Oświadczyć się?
Ooo.
Pan Zaskakujący powrócił i chociaż był ironiczny, to najwidoczniej nie zależało mu na jednonocnej rozrywce. Wyglądał jednak przy tym jak dziecko, które nie dostało obiecanego cukierka.
-William, tu nie chodzi o Ciebie…
- Marie, nie pieprz mi tutaj, że mnie chodzi o mnie, tylko o Ciebie, bo musi chodzić o mnie, skoro mnie nie chcesz, do cholery.
No, świetna robota. Najpierw go zdołować, potem wkurzyć. Winszuję. W duchu pogratulowała sobie głupoty. Głupoty, przez którą nazwał ją „Marie”. A to był William.
On nigdy nie nazywał jej „Marie”.
To jedno małe słowo zdecydowało za nią.
Bo naprawdę chciała być osobą wartą tak namiętnej atencji.
Oto przykład na to, co facet potrafi zrobić z kobietą odpowiednim słowem i spojrzeniem.
„Może jednak słusznie zostałyśmy nazwane słabą płcią” – przemknęło jej przez myśl.
Ale mimo to, w chwili, gdy okrążała kanapę, nie czuła się słaba. Czuła przypływ wręcz heroicznej siły.
Stanęła przed nim, zadzierając głowę wysoko do góry, żeby móc spojrzeć w jego oczy. Te piękne, niesamowite, błękitno-lazurowe tęczówki, które już pierwszego dnia rzuciły na nią urok.
Nie zmieniając pozycji chwyciła jego rękę w swoją, po czym poprowadziła ją od szyi, przez dolinę między piersiami, brzuch, aż do paska szortów. To nie był jednak koniec wędrówki. Wsunęła jego dłoń dalej, pod spodenki, a potem, gdy oboje wyczuli pod palcami koronkę jej majtek, tę przeszkodę również pokonali. W jego oczach dostrzegła błysk zrozumienia, pozwolił jej jednak kontynuować. I dobrze, bo nie była pewna, czy potrafiłaby się teraz zatrzymać, nie, gdy jego palce, musnąwszy jej delikatną skórę, zatrzymały się przy jej wejściu. Tu nie musiała mu już pomagać. Wyciągnęła swoją dłoń, podczas gdy on delikatnie wsunął w nią opuszek palca, na którym od razu zebrała się wilgoć jej podniecenia.
- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że to wystarczający dowód na to, jak bardzo Cię chcę – powiedziała, parafrazując jego wcześniejsze słowa. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast słów z jej ust wydobyło się ciche sapnięcie, kiedy nie tylko końcówka, ale cały jego długi palec znalazł się w niej. Przysuwając się do niej i pochylając głowę, między mieszkającymi się oddechami, William zdołał powiedzieć tylko:
- Jak mógłbym z Tobą polemizować…
Po czym jego język znów wtargnął do jej ust, wymiatając ze świadomości wszystkie błahe powody, przez które mogłaby powiedzieć „nie”.




 Copyright © N. Nox Suavis.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz