czwartek, 17 kwietnia 2014

duodecim #

6 FEET 2 INCHES - ROZDZIAŁ I
Zaczynamy nową historię, w końcu! Nie przynudzam, bo i tak za długo czekaliście ;) Enjoy!




„Jesteśmy więźniami żelaznego pierścienia: wąskiej autonomii naszego pragnienia.
Antoine de Saint-Exupéry







Rozdział 1
„Era of freedom
To ja.
Widzicie tą długonogą blondynkę, otoczoną wianuszkiem wielbicieli?
No cóż, to teraz spójrzcie nieco w prawo, a tam, pod wielkim dębem, białym od śladów korektora i pokaleczonymi inicjałami, stoję ja, pod rękę z moją najlepszą przyjaciółką oraz grupą naszych znajomych. Rozwrzeszczani, roześmiani, głośni. I troszkę pijani.
Dlaczego zaczynam moją historię właśnie tego dnia? Z dwóch powodów.
Po pierwsze, to dzień zakończenia liceum, czyli dzień rozpoczynający erę wolności.
Po drugie, to jedna z niewielu chwil w ciągu ostatnich 6 tygodni, kiedy na mojej twarzy widnieje szczery uśmiech.
Ale od początku…



6 tygodni wcześniej…
Stoję nad wykopanym w ziemi dołem i płaczę. Chociaż może opis „stoję nad wykopanym w ziemi grobem mojej matki, patrzę na białe róże leżące na drewnianej trumnie i zanoszę się najmniej wdzięcznym szlochem, jaki można sobie wyobrazić” byłby bardziej adekwatny do sytuacji. Od chwili, kiedy kilka dni temu lekarze oznajmili zgon Magdaleny Malinowskiej przez zatrzymanie akcji serca, wciąż nie mogę uwierzyć, że mama spędzi resztę czasu, jaki pozostał nam do Apokalipsy, zakopana kilka metrów pod ziemią. To brzmi tak absurdalnie, że zaśmiałabym się, gdyby nie fakt, że ubrani na czarno ludzie podchodzą do mnie i do stojącego obok mnie taty, żeby złożyć nam kondolencje.
Słysząc po raz kolejny „Bardzo nam przykro z powodu Waszej straty” mam ochotę wziąć młotek i pokazać tym głupim ludziom, jak bardzo może być im przykro, jeśli nie przestaną powtarzać tych wyklepanych formułek.
Gdyby mama słyszała o czym myślę, otworzyłaby szeroko te swoje wielkie oczy Bambi, które po niej odziedziczyłam i krzyknęłaby: „Roza, wstydź się!”. Tak łatwo było to sobie wyobrazić. Prawie słyszałam jej głos, czułam zapach kwiatowych perfum…
Upadłam na kolana, brudząc rajstopy i sukienkę. Moje dłonie zacisnęły się w pięści na wilgotnej, miękkiej glebie i zaczęłam krzyczeć.


  ***



- ROZALIA! Gdzie Ty do cholery jesteś!? Nie mogę znaleźć pilota!
Byłam w kuchni i przygotowywałam obiad, odkąd około pół godziny temu wróciłam ze szkoły, kiedy rozległ się krzyk mojego ojca. Wiedziałam, że jest pijany. Był tydzień temu, był wczoraj. Jutro też zapewne będzie. Zaczęło się od dnia po pogrzebie mamy i tak się ciągnęło aż do tej pory. Kiedy miałam szczęście, ojciec pił przed telewizorem, nie ruszając się z kanapy, a ja musiałam go znosić tylko wtedy, kiedy przynosiłam mu jedzenie. Bywały jednak dni, kiedy zaczynał na mnie wrzeszczeć, szukać mnie po domu, popychać. Te dni zdarzały się coraz częściej. Błagałam Boga, żeby dziś było spokojnie, bo umówiłam się na wieczorek filmowy z moją BFF.
Szybko wytrzepałam koszulkę, wytarłam ręce i podążyłam do salonu, znajdując tatę stojącego pośrodku bałaganu, który zrobił, najprawdopodobniej w poszukiwaniu tego nieszczęsnego pilota. W chwili, gdy mnie dostrzegł, ruszył w moją stronę. Nakazałam sobie zachować spokój; wmawiałam sobie, że jeśli pozostanę bierna, jak wobec wściekłego psa, to ten pies mnie nie ugryzie. Taki sposób działał chyba jednak tylko na zwierzęta.
- Ty głupia, mała dziwko! Ile mam na Ciebie czekać!? Co Ty sobie kurwa myślisz, że możesz mnie ignorować!? Że możesz uciec!? Niedoczekanie!! – ryknął, w tej samej chwili chwytając mnie mocno za ramię. Próbowałam się uwolnić, ale ścisnął jeszcze mocniej, aż syknęłam z bólu. Nie zrozumcie mnie źle, nie byłam jakimś mięczakiem czy chucherkiem. Miałam całkiem niezłą masę mięśniową przy moich 166cm i świetną kondycję z powodu uprawiania każdej dyscypliny sportu, jaka była dostępna w naszym zapyziałym liceum. Ale jak nastolatka może mierzyć się z dorosłym facetem, napędzanym alkoholem i furią, który w dodatku był jej ojcem? Tak więc ruch, który wykonałam, by się uwolnić, zamiast mi pomóc, tylko wszystko pogorszył.
Ojciec – a raczej potwór, który kiedyś był moim ojcem – szarpał mnie i krzyczał wyzwiska, aż wreszcie warknął, że jestem nieodrodną córką swojej matki i pchnął mnie do tyłu, jednocześnie uwalniając. Zupełnie nieprzygotowana na taki rozwój sytuacji i wciąż oszołomiona brutalnością obelgi, poślizgnęłam się na panelach i runęłam w tył bez jakiejkolwiek kontroli. Ostatnią rzeczą, jaką poczułam, był atomowy wybuch bólu z tyłu głowy, a potem świat zgasł, rozpłynął się w mrokach nieświadomości. 

***

Słyszałam głosy i zastanawiałam się, czy jestem na haju, czy  śnię, czy w końcu dosięgnęła mnie choroba psychiczna.
To było naprawdę dziwne uczucie. Tak jakby na brzegach mojego umysłu pływały korki, które oddalały się, gdy tylko po nie sięgałam. Męczyło mnie to. Nawet ręka zaczęła mi drętwieć od tego nieustannego sięgania.
- Mamo, zobacz! Poruszyła ręką!
Ten krzyk usłyszałam z tak bliska, że w końcu rozróżniłam słowa. Powoli uniosłam powieki, przeklinając idiotę, który doczepił do nich kilogramowe odważniki. W zasięgu mojego wzroku pojawiła się twarz Kaśki i jej mamy. Zanim moje powieki ponownie opadły, zdołałam się do nich uśmiechnąć i zastanowić, skąd one się do cholery wzięły w moim piekle.


- No i wtedy zobaczyłam Cię, leżałaś, taka nieruchoma i jeszcze ta krew! Normalnie jak z jakiegoś horroru! A tak swoją drogą, szukałam w necie, jak zmyć krew ze ściany, bo to raczej marna ozdoba, nawet jak na Twój wątpliwy gust.
Uśmiechnęłam się. Odkąd obudziłam się po raz drugi, już z dużo większą porcją energii, odwiedził mnie lekarz, wyjaśniając stan zdrowia, pielęgniarka, podając leki w dawkach jak dla konia, no i oczywiście wysłuchałam wersję wydarzeń Katarzyny Rej. Według tego, co mówiła, kiedy przyszła o umówionej porze do mojego domu, nikt nie otworzył jej drzwi, więc wpuściła się sama, zastając mnie w kałuży moich płynów ustrojowych  i ani śladu mojego ojca. Zadzwoniła więc po swoją mamę, ta wezwała pogotowie i tak znalazłam się w Szpitalu Wojewódzkim.
Od tamtego dnia minęło już 8 dni.
Leżałam nieprzytomna przez ponad tydzień po ataku mojego ojca, który rozpłynął się w powietrzu, jak odór zgnilizny potraktowany środkiem zapachowym.
Wciąż ciężko było mi zrozumieć, jak mój własny rodzic mógł zostawić mnie na pewną śmierć. I chociaż nienawidziłam go za to, jak żył w ciągu ostatnich kilku tygodni, to w głębi serca dalej go kochałam. Byłam krwią z jego krwi, kością z kości. Byliśmy sobie wzajemnie jedyną rodziną. A kiedy mówię jedyną, to to mam na myśli.
Byłam jedynaczką. Moja mama również. Dziadkowie już od dość dawna nie żyli, podobnie jak rodzice taty. Tata co prawda miał brata, ale ten wyjechał z Polski około 15 lat temu i stał się jakąś szychą za granicą. Ostatni raz widziałam go na mojej Komunii. Prawie zapominałam o fakcie, że to mój ojciec chrzestny.
Tak więc, klan Malinowskich liczył teraz jedynie dwóch członków, z których jeden najwidoczniej miał za nic wartość rodziny.
To właśnie wtedy, leżąc na szpitalnym łóżku, otulona przez ten specyficzny zapach, jednym uchem słuchając najnowszych plotek dostarczanych przez przyjaciółkę, postanowiłam, że wraz z końcem szkoły, do którego zostało 4 dni, zakończę swoje dotychczasowe życie.
Postanowiłam, że ucieknę z rodzinnego miasteczka i ruszę, by żyć. Sama. Wolna.

- Na scenę poprosimy uczennicę klasy IIIa, wyróżnioną za wybitne osiągnięcia sportowe i bardzo dobre wyniki w nauce. Zapraszamy Rozalię Malinowską!
Rozlegają się oklaski, a ja wstaję i idę chwiejnym krokiem w stronę podwyższenia w pożyczonych od Kaśki czarnych szpilkach. Bez komentarzy co do mojego chodu cielaka proszę. Te obcasy są tak wysokie, że mam w nich chyba metr dziewięćdziesiąt. Jednak moja uważająca się za stylistkę przyjaciółka zmusiła mnie do ubrania ich w komplecie z czarną mini spódniczką i zwiewną koszulą w takim samym kolorze. Nie mówcie jej tego, ale praca, jaką nade mną odwaliła, siedząc trzy godziny nad moim makijażem i fryzurą i poświęcenie w postaci pożyczenia ciuchów prawie doprowadziły mnie do łez.
Od czasu wypadku Kasia i jej rodzina stali mi się jeszcze bliżsi niż by to było możliwe w innych okolicznościach. Mieszkałam u nich od czasu wyjścia ze szpitala, rozmawiałam, jadłam, nawet grałam z Kubą, starszym bratem Kaśki, na jego PlayStation i słuchałam jego komentarzy na temat moich piersi (które były cudowne, nie ważne, jak narcystycznie to brzmi; miałam nawet koszulkę I My Girls;). Dzięki nim i mam na myśli Rejów, nie moje piersi,  utrzymywałam pozory normalności i prawie chciałam zostać u nich do końca życia.
Moje postanowienie nie uległo jednak zmianie.
Dzisiejszy dzień był moim ostatnim tutaj.
Co prawda nie miałam konkretnych planów, ani znajomości, a pieniędzy wystarczy mi może na jakieś 2/3 miesiące, ale nie zamierzałam rezygnować. Od dziecka marzyłam, żeby się stąd wyrwać, z tego zaduchu małomiasteczkowego myślenia. Nadarza się świetna okazja. Będę tęsknić jedynie za dwoma rzeczami: za Kaśką i jej rodziną, oraz za mamą.
I podczas, gdy z przyjaciółmi zawsze mogę utrzymywać kontakt telefoniczny, to mamę muszę zostawić tutaj, śpiącą wiecznie pod powierzchnią ziemi.
Zamrugałam gwałtownie. „Nie waż się beczeć na scenie, Malinowska!” – zrugałam się. „Dasz radę.”
Wymusiłam ładny uśmiech, kiedy szkolny fotograf robił zdjęcie mnie i dyrektora ściskających sobie dłonie. Otrzymawszy ładny puchar za całokształt  mojej sportowej kariery oraz dyplom za średnią 4.80, zeszłam po schodkach i skierowałam się na moje miejsce na końcu Sali, gdzie siedziałam w gronie najbliższych znajomych. Zdałam sobie sprawę, że to są moje ostatnie chwile z ludźmi, których znałam od dzieciństwa, niektórych trochę krócej. Ale oni wszyscy coś wnieśli do mojego życia. Oni wiwatowali dla mnie, kiedy wracałam z kolejnym pierwszym miejscem z zawodów łuczniczych i oni żartobliwie nazywali mnie kujonem, kiedy pisałam sprawdzian z angielskiego na szóstkę. Oni szczerze mówili „przykro mi” i „trzymaj się”, kiedy załamałam się po śmierci mamy. To z nimi urywałam się ze szkoły, z nimi pierwszy raz piłam. Oni mnie ukształtowali i bez tych wszystkich pustych głów i rozwydrzonych gęb nie byłabym tym, kim jestem. Z buńczucznym uśmiechem, który towarzyszył mi od czasu, kiedy nauczyłam się chodzić, uniosłam ramiona do góry i zawołałam:
- To już jest koniec!
A zgodny chór spragnionych wolności nastolatków odkrzyknął mi:
- Nie ma już nic! Jesteśmy wolni! Możemy iść!!!1
I nie przejmując się mówiącym swoje końcowe przemówienie dyrektorem, ani próbującymi nas uspokoić nauczycielami, jak jeden mąż ruszyliśmy w stronę drzwi wyjściowych, pragnąc świętować nastanie nowej ery. Ery wolności.













Autor: Noctia „Nox” Suavis
Korekta: Blooooondi





1 Fragment piosenki „To już jest koniec’’ zespołu Elektryczne Gitary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz