wtorek, 11 lutego 2014

undecim #

To już jest koniec, nie ma już nic... turiruriruri :D
No, nastał ten (nie)szczęśliwy dzień końca "UD" :) Po raz ostatni zapraszam do czytania i komentowania :)
Mam nadzieję, ze historii M&W sprawiła Wam tyle radości, co mi i... cóż.
Chciałam serdecznie podziękować wszystkim, którzy byli ze mną przez cały czas pisania, którzy wspierali mnie w mojej pierwszej publikacji. Kocham Was za to.
Szczególnie dziękuję O. Wolańskiej, ponieważ od razu wiedziała, kim jest dla mnie William.
Wasza, Nox 
 

UNDRESSED    PART VII & EPILOG

Przez kilka sekund po prostu stali i patrzyli na siebie.
William wyglądał… źle. O ile w przypadku tej jego seksownej chwały mógł wyglądać źle. Mogła jednak dostrzec bladość jego twarzy i cienie pod oczami. I stanowczo powinien sięgnąć po golarkę. Poczuła żal na widok tak silnego mężczyzny w takim stanie, ale zaraz upomniała się w myślach, że przecież sam jest sobie winien.
- Co Ty tu robisz? – powiedziała w końcu, zadowolona, że choć cichy, jej głos nie załamał się ani nie zadrżał.
- Musimy porozmawiać.
Prychnęła, krzyżując ręce na piersiach. Przygryzła wargę do krwi, starając się opanować łzy.
- Nie mamy już o czym rozmawiać.
- Queridisima…
Nie pozwoliła mu skończyć. Nie mogła pozwolić sobie na słuchanie go, bo wtedy na pewno by się złamała, wpadła mu w ramiona i poprosiła, by jej nie puszczał.
Miłość robi złudzi straszne wraki.
- Nie! Nigdy… - zacisnęła powieki, ale dwie ciepłe łzy zdążyły spłynąć po jej policzkach. – Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj. Nie chcę… - reszta zdania została połknięta przez jej kompletnie nieszlachetny i nie dziewczęcy szloch. Gniewnymi ruchami ścierała mokre strumienie płynące po jej twarzy, a jej klatka piersiowa unosiła się konwulsyjnie od szarpanych oddechów.
Przez łzy zobaczyła, jak z twarzy Williama odpływają kolory. Wyglądał, jakby dostał w brzuch kulą do rozwalania budynków.* Zanim zdążyła zaprotestować, zniwelował dzielącą ich przestrzeń i upadł przed nią na kolana, chwytając rękoma jej biodra i przyciskając twarz do jej brzucha.
- Maria, tak bardzo Cię przepraszam. Wiem, ze spieprzyłem i żadne słowa tego nie naprawią, ale odkąd odeszłaś… Od tamtego dnia… - uniósł głowę, a jego piękne, smutne oczy odnalazły jej, zalane łzami. – Nie żyję, Maria. Nie żyję od tamtej pory. Nie wiem, co zrobiłaś przez te 2 miesiące, ale nie potrafię bez Ciebie istnieć. Pozwól mi wytłumaczyć. O nic więcej nie proszę. – Wziął długi, niezbyt płynny oddech, a jego dłonie mocniej ścisnęły jej biodra. – Błagam.
Nie mogła tego znieść.
I pieprzyć to, jak żałosną ją to czyniło. Pieprzyć, ile łez przez niego wylała. Pieprzyć wszystko. Ten facet był dla niej wart więcej niż słońce i nie zamierzała z niego rezygnować.
Wsunęła palce w jego włosy, obserwując, jak jej blada skóra kontrastuje z tymi czarnymi kosmykami, po czym osunęła się po jego ciele do klęku i teraz to ona musiała unieść głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
Powinna teraz coś powiedzieć. Chciała. Ale słowa ją zawiodła, a przez zaciśnięte gardło i tak nic by jej nie przeszło.
Więc pozostawało jedno wyjście.
Pocałowała go.
Wciąż trzymając jego włosy przyciągnęła go do siebie, mocząc mu policzki swoimi łzami, które czuła również na języku. Jego usta były szorstkie i poprzecinane, jakby za mocno przygryzał je zębami. Polizała go delikatnie, zachęcając do pogłębienie pocałunku, ale on wciąż się wahał.
-Nie powinniśmy najpierw porozmawiać?
- Nie.
I to było wszystko, czego potrzebował. Gdy ich wargi ponownie się spotkały, zachłanniej, namiętniej, jego język od razu wtargnął w jej usta.
Boże w Niebie, tęskniła za tym.
Nie widziała go nieco ponad tydzień, a czuła się jakby minęły wieki od czasu, gdy mogła go posmakować.
Poczuła, jak jego dłonie gładzą jej plecy i masują spięte mięśnie ramion. Przysunęła się bliżej, przyciskając do niego ciało w każdym możliwym miejscu, gdy usłyszała chrząknięcie. Otworzyła oczy i oderwała usta od Williama, uświadamiając sobie, że klęczy w korytarzu domu rodziców, obściskując się z facetem, przez którego płakała nie dalej niż kilka minut temu.
Podniosła się na nogi natychmiastowo i odwróciła w stronę dochodzącego dźwięku, czując, że William za nią zrobił to samo.
Spotkała się z pytającym spojrzeniem matki. Jej rodzicielka nie wyglądała na zachwyconą.
- Mamo, to jest William.
Odpowiedziało jej mruknięcie. Stanowczo niezachwycona. Widząc, że jej – Boże, kochała to mówić, nawet jeśli tylko w myślach – jej mężczyzna chce coś powiedzieć, złapała go za rękę i ścisnęła. Zrozumiał. Nie bez kozery był profesorem, inteligencji mu nie brakowało, przynajmniej zazwyczaj, a potyczka ze straszą panią Lawson nie była tym, czego potrzebowali.
- Mamo, wiem, ze to może Ci się wydać dziwne i pewnie chcesz na mnie nakrzyczeć albo zadać milion pytań, ale proszę, nie teraz.
Coś w tonie jej głosu, a może w spojrzeniu, kazało jej matce odpuścić.
- W porządku, ale potem porozmawiamy.
Marie odetchnęła z ulgą i skinęła głową.
- I może byście weszli do domu, jak cywilizowani ludzie, a nie będziecie siedzieć w korytarzu! Tu jest zimno! – dla lepszego efektu potarła ramiona odziane w sweter w reniferki, po czym cofnęła się do salonu, mrucząc pod nosem coś o zimnych płytkach i klęczeniu na nich. To wywołało uśmiech na twarzy Marie. Pierwszy od 10 dni.
Odwróciła się do Williama.
- Mój pokój?
Kiwnął głową, więc poprowadziła ich schodami na poddasze, gdzie mieściło się jej królestwo, opuszczone wraz z początkiem studiów. Zamknęła drzwi, pozwalając Williamowi ogarnąć wzrokiem 2 dekady z życia Marie Lawson zapisane w czterech biało-bordowych ścianach. Szybko skierował się do jej ulubionego miejsca, skosu sufitu, pokrytego czarno-białymi zdjęciami, z jednym tylko wyjątkiem. Patrzyła, jak William wyciąga dłoń, tę z jej ukochanym Rolexem, i opuszkami palców gładzi jedyne kolorowe zdjęcie w całej tej fotograficznej mozaice. Przedstawiało ono ich razem, kiedy robili dzióbki do aparatu, będąc tak blisko siebie, że ich usta prawie się o siebie ocierały. Pamiętała ten dzień jak żaden inny.
- Naked Sunday – powiedział, jakby czytając w jej myślach. Nazywali tę niedzielę „Naked Sunday”, ponieważ spędzili cały dzień w jej mieszkaniu, nago, na zmianę kochając się, robiąc zdjęcia i rozmawiając.
- Podobało mi się.
Odwrócił się do niej, odsuwając dłoń od fotografii..
- Chcę Ci to wszystko wyjaśnić.
Oho, zaczynamy.
Kiwnęła głową, po czym usiadła na łóżku, krzyżując nogi w kostkach i poklepała dłonią miejsce obok siebie. Nie potrzebował drugiego zaproszenia. Usadowił się obok i splótł jej palce ze swoimi. Wydawał się być zdenerwowany, jego dłoń drżała. Najwidoczniej jeszcze się nie domyślił, że nawet bez tłumaczenia jej tego, co zrobił i dlaczego, ona już mu wybaczyła.
Ah ten profesorek, czasem był taki głupiutki…
- Nie wiem, od czego zacząć – przyznał w końcu, a ona ledwie opanowała chichot wzbierający w jej gardle. Była tak bardzo nieprzyzwyczajona do bezradnego Williama, ze miała ochotę go przytulić i pocałować, pogłaskać, żeby tylko nie miał tego wyrazu twarzy. Postanowiła jednak być twarda i pomęczyć go trochę. Nie mogła się jednak powstrzymać przed zadaniem pytania, które dręczyło ją, odkąd poznała prawdę.
- Jak ma na imię?
Przez nanosekundę wydawał się być zaskoczony prostotą jej pytania.
- Mia. A właściwie Mia Marguerita, ale często nazywam ją Motylkiem, bo jest w nich zakochana na zabój. Kolekcjonuje je.
Jego usta wykrzywił lekki uśmiech, kiedy to mówił i Marie też nie mogła powstrzymać uśmiechu. I tyle jeśli chodzi o bycie twardą. Ale uczucie brzmiące w jego słowach było rozczulające.
Mia. Mia Marguerita Dunhill. Podobało jej się to brzmienie. Zaraz jednak coś jej wpadło do głowy.
- Marguerita? Czy nie tak miała na imię Twoja…
- Mama?
Skinęła głową.
-Tak. Poprosiłem Katherine, by pozwoliła mi nazwać Małą imieniem mamy i zgodziła się. Oh, um.. Katherine to… - nie skończył, ale po sposobie, w jaki przygryzł wargę i spojrzał na nią, było jasne. Katherine była matką Mii i Rie mogła się założyć, że to z nią był zaręczony William. Nie chciała jednak ciągnąć tego tematu, bo odczuwała wtedy przemożną chęć uderzenia w coś. Zadała więc kolejne pytanie, które przyszło jej do głowy.
- Ile ma lat?
- Pięć. W lipcu skończy sześć.
Łatwa kalkulacja. Skoro Mia ma 5 lat, a William obecnie ma 30, to został ojcem w wieku 25 lat. Był o 3 lata starszy od niej w tej chwili.
Musiała mieć koncentrację wypisaną na twarzy, bo zapytał:
-O czym myślisz?
- Byłeś prawie w moim wieku, gdy Mia się urodziła.
- Tak. Czy to ma jakieś znaczenie?
-Byłeś młody.
-A teraz to co? Laska i sztuczna szczęka?
Zaśmiała się i walnęła go pięścią w klatkę piersiową. Ugh, dałaby mu swoje najlepsze uderzenie, a i tak ją by to bardziej zabolało niż jego. To takie niesprawiedliwe. I frustrujące. I w pewnym sensie gorące…
Uhuhu, odbiegamy od tematu.
- Chodziło mi o to, że.. to mogło być za wcześnie na dziecko.
Przez jego twarz przemknął cień i zobaczyła, jak drgają mięśnie w jego szczęce, gdy zacisnął zęby i spuścił wzrok na ich splecione dłonie. Jakby nie rzuciła luźnej uwagi, tylko wydała jakiś wyrok.
- William? Co się dzieje? Czy zrobiłam coś… - nie wiedziała, jak dokończyć, zwłaszcza, ze on dalej nie patrzył jej w oczy i zaczął bawić się jej kciukiem. Palcem wskazującym wolnej ręki chwyciła go za podbródek i zmusiła, by podniósł głowę.
- Hej, co jest?
- Katherine wychodzi za mąż. Za jakiegoś Włocha. I wyprowadza się do niego, do Europy. Powiedziała mi, że teraz moja kolej zająć się Mią, że ona wychowywała ją przez 5 lat, więc teraz ja mogę się „poświęcić”. – Usłyszała ten cudzysłów przy ostatnim słowie. – I… to nie tak, że nie chcę. Kocham moją córkę, kocham ją jak nic na świecie, ale… -znów spojrzał na ich dłonie, jakby to była najbardziej fascynująca rzecz jaką widział. Tym razem go nie poganiała, pozwoliła mu obserwować, jak ich palce bawią się ze sobą. Rozumiała, że wychowywanie dziecka to trudna sprawa, ale przecież to był William. Jeśli on się czemuś poświęcał, to nie ważne, co stanęło na przeszkodzie, on sobie z tym radził. Dlatego tak bardzo go pokochała.
Minęło kilka minut, długich jak wieki, zanim uniósł głowę i spojrzał na nią spod zasłony rzęs. Wydawał się odczuwać fizyczny ból przy każdym wypowiadanym słowie.
- Wiem, ze to koniec, Maria. Jesteś młodą, piękną kobietą, masz szkołę, przyjaciół, życie przed sobą… A ja muszę wziąć odpowiedzialność za to, co zrobiłem w przeszłości, muszę ponieść konsekwencje. Muszę zająć się córką, bo ona ma teraz tylko mnie, a Ty…- przerwał sobie krótkim, smutnym uśmiechem. – Ty poradzisz sobie beze mnie.
Jej szczęka leżała na podłodze, razem z jej porozbijanym sercem. On nie mógł mówić tego, co mówił, nie mógł, nie mógł. Obserwowała, jak porusza się jabłko Adama w jego gardle, gdy przygotowywał się, żeby powiedzieć coś jeszcze. I bała się tego jak cholera.
W tym samym momencie ścisnęli swoje dłonie.
- Boję się tylko, że ja nie poradzę sobie bez Ciebie.
JASNA.
CHOLERKA.
I.
STO.
MILICJANTÓW.
Nie mogła oddychać, kiedy zobaczyła, jak po jego policzku płynie samotna łza, kiedy mówił te słowa.
- To dlatego nie powiedziałem Ci wcześniej. Na początku chciałem się tylko zabawić, zanim będę musiał w końcu wydorośleć, a potem Ty zaczęłaś tyle dla mnie znaczyć… Tak bardzo bałem się Ciebie stracić.
Tego było już za wiele dla jej nadwyrężonego serca. Znów zaczęła płakać, łzy popłynęły po jej policzkach wyrzeźbionymi wcześniej ścieżkami, a ona bez namysłu wspięła się Williamowi na kolana. Czuła, jak jego ręce owijają się wokół jej ciała, by zamknąć ją w tej najlepszej klatce świata.
Bujali się w przód i w tył przez kilka, może kilkanaście minut, ciesząc się swoim ciepłem i bliskością. Starając się brzmieć jak najnormalniej (co było wyzwaniem dla zmęczonych płaczliwym jęczeniem strun głosowych), Marie wyszeptała, ustami muskając krawędzie jego ucha.
-Nie masz pojęcia, jak bardzo Cię kocham.
Momentalnie przestał się kołysać i Rie była w stanie wyczuć, jak napięły się jego mięśnie. Odwrócił głowę w jej kierunku, ocierając nosem o jej nos.
- Co… Co Ty… Czy Ty… - Mh, Pan Elokwencja ma widocznie słaby dzień. Jej wargi wygiął nikły uśmiech.
- Bałeś się, że nie będę chciała być z Tobą, ponieważ będziesz musiał być teraz tatą na pełen etat?
Kiwnął głową.
-Cóż, ja się bałam, ze nie powiedziałeś mi o Mii dlatego, że nie chcesz mnie w jej życiu. W waszym życiu.
Usłyszała, jak wciągnął powietrze. Wreszcie do niego dotarło.
- Nie zamierzasz mnie zostawić?
- Nie.
- Nawet, jeśli bycie ze mną oznacza bycia z moją córką?
- Nawet.
Dostrzegła błysk w jego rażąco błękitnych oczach.
- Będę musiał zmienić pracę.
Wyszczerzyła się.
- Będziesz.
- Kocham Cię jak wariat, wiesz?
- Domyśliłam się.
I znów się pocałowali, tym razem wolno, zmysłowo, pocałunkiem pieczętując obietnicę wspólnej przyszłości.


Epilog
Pakowanie, rozmowę z Panią Lawson i 40 minut drogi później, William wyszedł z samochodu, po czym pomógł wysiąść Marii. Momentalnie chwycił jej drobną dłoń w swoją, nie chcąc jej puścić ani na chwilę, odkąd zgodziła się z nim zostać.
Teraz czekało ich ostatnie wyzwanie.
Jadąc windą na piętro, na którym mieszkał, z Marią u boku, William czuł się jak nastolatek, który ma przedstawić matce swoja dziewczynę. Co, poza częścią z matką, nie odbiegało znacznie od prawdy.
Gdy weszli do mieszkania, ich uszu dobiegł dziecięcy śmiech i głos sąsiadki, którą William poprosił o opiekę nad Mią w czasie jego nieobecności.
Zerknął szybko na swoją towarzyszkę. Uśmiechała się. Podziękował Bogu.
Pozbyli się płaszczy i butów i podążyli do salonu, zastając około 50-letnią kobietę, siedzącą na sofie oraz małą dziewczynkę śpiewającą piosenkę, którą grała jakaś muzyczna stacja telewizyjna.
William przeżegnał się w duchu, po czym odchrząknął, zwracając na siebie uwagę. Zanim zdążył się zorientować, jego Motylek, z głośnym okrzykiem: „Tatuś!” rzucił mu się w ramiona, co zmusiło go to puszczenia ręki Marii.
- No, to ja się będę zbierać – dobiegł go głos sąsiadki, która szybkim spojrzeniem otaksowała stojącą u jego boku brunetkę, cmoknęła policzek Mii i skierowała się do wyjścia.
- Bardzo Pani dziękuję za dziś.
- Nie ma problemu, kochany.
Z tymi słowami zamknęła drzwi wejściowe, zostawiając Williama z jego dwoma kobietami. Wciąż z córką w ramionach zaprosił Marie, żeby usiadła, a on sam przykucnął obok, sadzając sobie Mię na kolanach. Jego Motylek był pochłonięty obserwacją.
- Kochanie, to jest Maria. Jest moją… - zatrzymał się, nie wiedząc, jak wytłumaczyć 5-latce zawiłości ich związku. Szybko otrzymał jednak pomoc.
-Przyjaciółką. Jestem przyjaciółką Twojego taty, a Ty pewnie jesteś tą kobietą, którą nazywa Motylkiem? Zazdroszczę Ci – powiedziała, udając westchnienie żalu. Głos Marii był ciepły, gładki; doskonale wiedziała, jak nawiązać kontakt z dziewczynką i wywołać jej śmiech.
- Nie ma czego! – zaprzeczyła gorliwie Mia, z dziecięcym zapałem. – Ja jestem Motylkiem, ale Ty jesteś Śpiącą Królewną!
Marie zmarszczyła brwi i William poczuł na sobie jej zdezorientowane spojrzenie. Jego córka, zbyt mądra jak na swój wiek, natychmiast to wychwyciła.
-Nie wiedziałaś!? Jakbym ja była Śpiącą Królewną, to na pewno bym o tym wiedziała!
- Chyba ze mnie marna królewna w takim razie, co?
Uśmiechała się, ale William czuł jej konsternację. Nigdy nie powiedział jej o tym pseudonimie, a że dziś był pierwszy raz, kiedy była w jego mieszkaniu, nie miała o niczym pojęcia.
Mia postanowiła jednak nie trzymać swojej nowej przyjaciółki w niepewności.
„Solidarność jajników” – pomyślał ironicznie, obserwując, jak Mia, ścisnąwszy dłoń Marie, prowadzi ją do jego sypialni, po drodze tłumacząc, ze jej tatuś pewnie niczego nie zdradził, bo chciał być księciem budzącym tę królewnę pocałunkiem, a chłopcy tak mają, ze „wstydzą się gadać o całowaniu”. Słuchając tego wywodu, William uświadomił sobie, jak bardzo jego córka przypomina jego samego. Poczuł napływ ojcowskiej dumy.
Oparł się ramieniem o futrynę sypialnianych drzwi, ciesząc się widokiem szoku na twarzy Marie, gdy zrozumiała swoją nową ksywkę. Patrzyła bowiem na ogromne zdjęcie, przedstawiające ją podczas snu, z włosami rozrzuconymi na poduszce, ręką pod głową i leciutko rozchylonymi ustami. Na samym dole, ozdobną czcionką napisano „Sleeping Beauty”. Za literką „y” naklejony był mały, czerwony motylek, jak znak aprobaty Mii. To było jedno ze zdjęć, które zrobił jej na początku ich znajomości, po drugiej czy trzeciej spędzonej wspólnie nocy. Potem, za każdym razem, kiedy spał sam w swoim apartamencie, mógł patrzeć na wiszącą na wprost łóżka uwiecznioną na papierze postać, wyobrażając sobie, ze zasypia z nią.
Z rozmyślań wyrwał go głos córki.
- Wyglądasz jak prawdziwa Śpiąca Królewna, wiesz? Jesteś taka piękna jak ona.
Marie uklęknęła obok dziewczynki i otoczyła małe ciałko ramionami, patrząc na uśmiechniętą buzię.
-Myślę, że gdyby Śpiąca Królewna miała córkę, to ona byłaby bardzo taka jak Ty.
Te słowa wywołały westchnienie Dunhill’ówny.
- Ale Ty jesteś królewną! Jeśli byłabym Twoją córką, to też mogłabym być królewną! Mogę udawać Twoją córkę? Prooooszę?
Na widok wywiniętej wargi i oczu Kota ze Shrek ’a, Marie roześmiała się dźwięcznie, ale William mógłby przysiąc, że dostrzegł łzy w jej ciemnych oczach.
- Oczywiście, Motylku.
Powietrze wypełnił pisk, zanim Mia rzuciła się na swoją „udawaną mamę”, ściskając ją z całych sił.
- Dziękuję!
Patrząc, jak kobieta, którą kocha oplata ramionami jego córkę, pomyślał, że to tak, jakby jego świat tonął w objęciach jego wszechświata. A gdy Marie spojrzała nad ciemną główką w jego oczy i bezgłośnie powiedziała: „Kocham Cię”, poczuł, że jego życie jest w miejscu, gdzie wszystko jest takie, jakie powinno być.


Wszelkie prawa zastrzeżone
Noctia „Nox” Suavis © 2014

1 komentarz:

  1. Dziesiątki razy czytałem to opowiadanie... a ciągle mam wrażenie, że czynię to po raz pierwszy. Bajecznie piękne i takie prawdziwe... dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń