środa, 5 lutego 2014

decem #

Wynik mojego masochistycznego humoru... Ale przecież chcieliście, żebym zaskakiwała.
No to zaskakuję.




UNDRESSED     PART     VI



Od ich pamiętnego pierwszego razu minęły dwa miesiące, a Marie znów leżała w ramionach Williama w swojej różowej pościeli.
Dwa miesiące plątania się między uczelnią, klubem, a jej mieszkaniem.
Dwa miesiące nieziemskiego seksu.
Dwa miesiące robienia sobie wzajemnie zdjęć.
Dwa miesiące poznawania się.
Wpatrując się w płatki bieli wirujące za oknem i czując na skórze ciepło Williama, Rie rozmyślała, jak wiele zmieniło się przez ten krótki okres czasu.
Poczuła na policzku palce swojego mężczyzny, zgarniającego zabłąkany kosmyk jej kakaowych włosów.
- O czym myślisz? – Jego głos nie był o wiele głośniejszy od szeptu.
- O nas. O tym, co się wydarzyło od października.
Opierając dłoń o jego tors, a brodę o dłoń, spod rzęs spojrzała na jego przystojną twarz.  Na świeżo ogolone policzki, potargane włosy, pełne wargi i najbardziej niesamowitą rzecz w całym dunhillowym pakiecie: na elektrycznie błękitne oczy,  otoczone murem hebanowych rzęs. Dałaby sobie rękę uciąć, że nie zapomni tego uczucia, kiedy te tęczówki dotykały ją najdelikatniejszym z dotyków.
- O czym o nas, mi dulce?
Uśmiechnęła się na te słowa. Odkąd dowiedziała się, że William pierwsze 15 lat swojego życia spędził w Hiszpanii, a dopiero po śmierci matki, wraz z ojcem, Jankesem, przeniósł się do Stanów, odtąd każde jego pieszczotliwe określenie w tym języku było dla niej niczym czekoladowa muffinka z dżemem truskawkowym. Innymi słowy, czymś, bez czego nie mogła się obyć.
- O tym, jaką muszę się wykazać cierpliwością, żeby z Panem wytrzymać, Panie Dunhill.
Prychnął, a ona podwinęła palce u stóp na ten dźwięk. Prychający William był uroczy, i to uroczy w stylu O-Mój-Boże-Mam-Ochotę-Pociągać-Go-Za-Policzki-I-Zrobić-Tititi. Serio. Był aż taki.
- Wykazywać się cierpliwością? Ty? Powinnaś przyjąć do wiadomości, że powinienem dostać się do Nieba za sam fakt, że wytrzymuję z Twoją pyskatą buzią i nie dostajesz klapsa za każdym razem, kiedy wypowiadasz się gorzej niż bezdomny ulicznik.
Słysząc jego ton, pt.:  Jestem Profesorem, Więc Wiem Co Mówię, Marie uniosła brew i zerknęła w bok, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale nigdy nie słyszałam od Ciebie słów skargi, kiedy dochodziłeś dzięki mojej „pyskatej buzi” – przy ostatnich dwóch słowach nakreśliła w powietrzu cudzysłów, ale tylko jedną ręką, bo drugiej nie miała ochoty odsuwać od jego gorącego ciała.
Kopiując jej gest, William uniósł brew.
-Naprawdę mam ochotę sprawić, żebyś odwołała te słowa z tyłkiem poprzecinanym od moich uderzeń.
Gdy mówił,  jego oczy zapłonęły takim ogniem, że każda inna osoba uciekłaby z krzykiem.
Ale ona nie była każdą inną.
Ona chciała doprowadzić hiszpańską, gorącą krew Williama do wrzenia (co właściwie robiła od momentu,  kiedy dowiedziała się o jego europejskich korzeniach).
- Wiesz co, profesorku? Zawsze tylko mówisz i mówisz. Czy to jest jakieś przyzwyczajenie, czy o co chodzi? Bo wiesz, nie wiem, czy zauważyłeś, ale nie mam zamiaru słuchać Twoich wykładów.
Uśmiechnął się. Lekko, tak leciutko, że prawie niedostrzegalnie, ale wiedziała, co zrobiła. Wrzuciła zapałkę do beczki z prochem.
Wreszcie.
- Jestem szalenie ciekaw, czy będziesz jutro w stanie wysiedzieć na zajęciach po tym, co Ci dzisiaj zrobię.
Też była ciekawa.

* * *
Zerknęła na zegarek i westchnęła.
Musiała wytrzymać jeszcze całe 11 minut i 26 sekund do końca wykładu, a wtedy jej tyłek wreszcie będzie mógł odpocząć od siedzenia.
Nawet po tym, jak wczoraj w pewnym momencie kazała Williamowi przestać, jej ciało wciąż protestowało i domagało się ukojenia. Nie pozwalała sobie jednak wziąć tabletek przeciwbólowych, chociaż po ich, hmm, sesji mającej na celu zmuszenia jej do odszczekania jej słów, William na to nalegał. Chciała czuć ten ból. Potrzebowała mieć zapewnienie, że to wszystko, co się działo, nie było tylko snem. Co pewnie znaczyło, że była popierdolona, ale nie obchodziło ją to.
A poza tym masaż tyłka z udziałem lodów czekoladowych, jaki jej zafundował  jej profesorek, był o wiele lepszy niż jakieś prochy.
Tak więc, zaprzęgając całą swoją silną wolę, Marie przeżyła ten dzień bez większych komplikacji, a jako że to były ostatnie poniedziałkowe zajęcia, miała nadzieję, że William wróci z nią do domu, zanim będzie musiała iść do pracy.
Musiała jeszcze tylko skoczyć zabrać plan zaliczeń dla Claudii, które miały mieć miejsce w 2 tygodnie po przerwie świątecznej, ponieważ jej przyjaciółka od prawie miesiąca była tak chora, że nie ruszała się z łóżka  i nic nie wskazywało na to, że w ciągu tych 4 dni, które dzieliły ich od wolnego, miała odwiedzić szkołę.
Więc kiedy tylko dostali pozwolenie na opuszczenie sali, wybiegła z niej jak poparzona, chcąc jak najszybciej załatwić, co miała do załatwienia i wrócić do Williama, zanim ten zdąży opuścić uczelnię.
Kilka minut później, schowawszy już do torby wszystkie niezbędne papiery, kupiła sobie kawę w automacie i szła raźnym krokiem, starając się nie wylać gorącego napoju.
Kiedy ponownie dotarła do wejścia na salę wykładową, bardzo powoli pchnęła drzwi, patrząc na plastikowy kubek i modląc się, żeby jego zawartość nie wylądowała na niej.
Do jej mózgu, zajętego obserwacją naczynia i jednoczesnym poruszaniem się, dobiegł strzęp rozmowy.
- … wiedział wcześniej, na pewno bym przyjechał. Przecież wiesz, że dla Ciebie zrobiłbym wszystko.
Marie zmarszczyła brwi i weszła głębiej do pomieszczenia, a jej wzrok od razu wylądował na Williamie, który, siedząc na krawędzi biurka i podsuwając okulary zsuwające mu się na nos (nienawidził tego, dlatego zakładał je tylko doczytania; dowiedziała się o tym całkiem niedawno, po tym jak stwierdziła, że w czarnych nerdach wygląda sexy; skończyło się na tym, że bardzo dosadnie udowodnił jej swoją seksowność bez okularów), rozmawiał przez telefon. Widziała jego profil, usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu. Była ciekawa powodu, dla którego tak się uśmiechał.
On jednak, ciągle nieświadom jej obecności, kontynuował rozmowę.
- Koniecznie muszę zobaczyć ten kostium, kiedy spotkamy się w święta – przerwał na chwilę, słuchając, po czym się zaśmiał. – Oczywiście, Maleńka,  że będziesz kiedyś sławną aktorką. A ja będę się wszystkim chwalił, jaką mam utalentowaną córkę – powiedział ciepło, głosem pełnym dumy.
Natomiast dla Marie jego słowa zabrzmiały jak wyrok śmierci. Otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia i zacisnęła język między zębami, żeby nie krzyknąć.
Córka. Córka…
Córka.
Ja pierdolę.
Kubek z kawą, który do tej pory trzymała w dłoni, nagle stał się dla niej zbyt ciężki i upuściła go. Plastik pękł, a ciemna ciecz chlupnęła o podłogę. Hałas natychmiast przyciągnął uwagę Williama, który spotkał się wzrokiem z Rie nad oprawkami okularów. Jego usta uchyliły się w zdumieniu i może przerażeniu, kiedy zorientował się, którą część jego wypowiedzi usłyszała. Chyba pożegnał się z osobą, z którą rozmawiał – „Z jego córką” pomyślała tępo – i powiedział, że oddzwoni, ale Marie już gonie słyszała.
Obróciła się napięcie i pobiegła przed siebie, trzaskając drzwiami i wpadając na przypadkowych ludzi tłoczących się w hallach. Nic ją to nie obchodziło, chciała tylko biec.
Chciała biec, uciec, zostawić.
Chciała nigdy więcej nie słyszeć głosu, który wykrzyknął jej imię, kiedy pokonała ostatnie drzwi i w samym T-shircie wybiegła na zimne, grudniowe powietrze.
Chciała zapomnieć o mężczyźnie, który ją okłamał i zdradził jej zaufanie.
O mężczyźnie, któremu tak szybko oddała swoje serce.
* * *
Minęło już prawie półtorej tygodnia, od kiedy Marie przyjechała do swojego rodzinnego domu na przedłużoną przerwę świąteczną. Oczywiście to ona zdecydowała, że jej przerwa będzie trwała dłużej. Chociaż tak naprawdę wybór był tylko jeden.
Tamtego dnia, kiedy podsłuchała rozmowę Williama, spakowała się, ledwie wróciła do mieszkania, dała znać Claudii, że wyjeżdża do rodziców wcześniej, niż miała w planach i już jej nie było. Nie wyobrażała sobie, by mogła zobaczyć go następnego dnia, nie po tym, czego się dowiedziała.
A teraz co?
Siedziała w salonie, który znała od dziecka, wpatrując się w płomienie trzaskające w kominku i sklejała swoje serce kubkiem kakao, przechodząc od fazy złości na Williama, do fazy zaprzeczenia, otępienia i tak w kółko. Jej mózg wciąż nie potrafił poradzić sobie z informacją, że William – jej profesor, przyjaciel, kochanek, jej hiszpańsko-amerykański narkotyzujący mężczyzna – ma dziecko. Ale nie to było największym problemem, chociaż obraz nieznajomej kobiety, która urodziła małą Dunhill’ównę czasem wyrywał ją ze snu w środku nocy.
Największym problemem było to, że jej o tym nie powiedział, że zataił prawdę, okłamał ją.
Marie kochała dzieci i znała wartość ich życia, odkąd przyszło jej uczestniczyć w pogrzebie braciszka, który zmarł, mając zaledwie 3 miesiące, z powodu genetycznej wady serca. Miała wtedy 6 lat, ale pamiętała wszystko, jakby odbyło się nie więcej niż godzinę temu. Wiedział o tym, powiedziała mu podczas jednej z ich długich rozmów.
I to, że William dał światu nowe życie i w dodatku, wnioskując z podsłuchanej rozmowy, brał aktywny udział w życiu córki, to byłyby tylko kolejne plusy, które mentalnie stawiała mu za każdą, małą czy wielką rzecz,  którą robił.
Oczywiście, mogłaby się jeszcze obawiać, że ta kobieta, która jest matką dziewczynki, wciąż istnieje w życiu Williama jako jego partnerka. Ale pamiętała jak kiedyś, podczas kolejnej rozmowy, William wspomniał o kobiecie, z którą był zaręczony i która zostawiła go na miesiąc przed ślubem. Wtedy to nią wstrząsnęło, ale była też samolubnie zadowolona, ponieważ stwierdził, że to był jego jedyny naprawdę poważny związek przed nią, a pomiędzy nim a tamtą kobietą nie ma już nic.
Wtedy w to uwierzyła i teraz również wierzyła, ponieważ jakimkolwiek typem skurwysyna nie był, to była pewna, że nie bawiłby się w jakieś poligamiczne brednie. To jednak nie zmniejszało jej chęci obicia mu tej jego przystojnej buźki.
Pozwalając sobie, by w jej umyśle już nie fala, ale tsunami złości rozbijało jej ból, ułożyła się na podłodze, przed kominkiem. Zanim zasnęła w jej umyśle błysnęło wspomnienie tekstu jednej z piosenek, którą słuchała, będąc nastolatką. Jej refren głosił : „don't turn around, ‘cause you're gonna see my heart breaking”*. Szkoda, że tamtego dnia William o tym nie wiedział i jednak się obrócił, bo jej serce naprawdę wtedy pękło.
* * *
Po, jak jej się wydawało, kilku sekundach odkąd usnęła, usłyszała przy sobie głos matki.
- Kochanie? Musisz wstać, masz gościa.
Chciała przekląć, ale wiedziała, że to nie spodobałoby się jej matce,  więc obdarzyła ją tylko cierpkim spojrzeniem, zanim powoli nie wyplątała się z koca, którym była przykryta i ruszyła w stronę hallu, palcami próbując rozczesać potargane włosy, chociaż wiedziała, że z oczami czerwonymi od płaczu i we flanelowej piżamie i tak będzie wyglądała jak ósme nieszczęście. Miała to jednak gdzieś. Dopóki nie przekroczyła progu korytarza i nie napotkała lazurowego spojrzenia, które zamknęło ją w klatce pożądania, bólu i… radości?
- Maria…
Ziemia zatrzymała się z piskiem.





Przypisy:
* Chodzi mi o piosenkę Ace of base „Don’t turn around”. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, uwielbiam ją.





Copyright © Noctia „Nox” Suavis  



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz